Rozdział 4
Liv
Musieliśmy opuścić dzielnicę Ullern, gdyż poza nią znajdowało się skupisko restauracji. Wybraliśmy się do ,,Dinner Restaurant" gdzie serwowano kuchnię azjatycką.
Gdy weszliśmy do lokalu, nikogo tam nie było, prócz kilku kelnerek i barmana. Zajęliśmy stolik blisko wyjścia i czekaliśmy aż któraś raczy do nas podejść. Zostaliśmy obsłużeni dopiero po dwudziestu minutach czekania. Podeszła do nas dziewczyna z białą twarzą, skośnymi oczami i czarnymi jak sadza włosami upiętymi w kok. Na sobie miała typowo chińską czerwoną sukienkę ze złotym smokiem:
-Ní hào.- Przywitała się podając nam menu- Co zamawiamy?- Zaczęliśmy je kartkować, każde szukając odpowiedniego dania dla siebie; pierwszy odezwał się Gave
-Może makaron ryżowy smażony z jajkiem.
-Mhm, a dla pani?- Zanotowała kelnerka
-Eeem... Tajskie curry z kurczakiem poproszę.- Zdecydowałam się
-Coś do tego?- Zadała nam pytanie Chinka czy kimkolwiek ona tam była
-Cola.- Powiedzieliśmy jednocześnie
-Mhm. Dania będą gotowe za dziesięć minut.- Poinformowała nas i odeszła od naszego stolika
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, aż w końcu pierwszy odezwał się Gave:
-Jakoś nie widzę ciebie w tych kimonach...
-Ja siebie też.- Zgodziłam się z nim
-Ale w chodakach jak najbardziej.- Dokończył z lekkim uśmiechem
-A ja widzę ciebie z tym wachlarzem.- Pokazałam wzrokiem na jedną z kelnerek, która się wachlowała biało różowym wachlarzem
-Pasowałby do moich oczu.- Zgodził się żartując, a ja zaczęłam się chichrać- Ej, nie uważasz, że ten twój fearie ma za małe drzwi?- Poskarżył się
-Nie. Dla mnie są wystarczające.
-Dla ciebie tak, ale dla mnie są za niskie...
-Twój problem.- Posłałam mu uśmiech, a on go odwzajemnił
-Jak niskim karłem trzeba być, żeby sięgać wzrostem do ich 3/4 długości?- Zaczął się przekomarzać
-Śmiesz twierdzić, że jestem karłem?- Uniosłam jedną brew
-Tak, śmiem i nie boję się ciebie, karzełku.- I tak oto zyskałam nowe przezwisko
-To lepiej zacznij.- Poradziłam mu i kopnęłam go pod stołem w nogę
-Au. Twoje nóżki nie są aż tak krótkie jak mi się zdawało.- Rzekł masując swój lewy piszczel
-Widzisz, nie jestem karłem.- Skrzyżowałam ręce na piersi
-Jesteś.- Sprzeczał się ze mną- Ile ty w ogóle masz wzrostu?
-A ile byś mi dał?
-Coś około metr dwadzieścia?- Odpowiedział pytaniem oceniając moją wysokość
-Ha ha. Bardzo śmieszne.- Popatrzyłam na niego spode łba i podałam prawidłową odpowiedź- Metr sześćdziesiąt.
-Ha! Byłem blisko.
-Wcale nie! A niby ty ile masz wzrostu?
-Ponad dwa metry.- Pochwalił się
-Taa, chyba w szpilkach.- Nie dowierzałam; sięgałam mu zaledwie do łokci
-Nie, bez.- Odparł i w tym samym czasie przed naszymi nosami padły dwa talerze z parującym jedzeniem i dwa kubki z napojami:
-Gè bǎo. Smacznego- Powiedziała kelnerka i odeszła
-Wygląda całkiem znośnie.- Ocenił swój posiłek Gave i zaczęliśmy jeść, oczywiście pałeczkami...
Po zjedzeniu naszych dań wróciliśmy do Helvete'go, by sprawdzić jak czuje się dziewczyna:
-Wyszła jakieś piętnaście minut temu.- Oznajmił fearie wychodząc nam na przeciw, zanim dopadliśmy drzwi
-Jak to?
-No, normalnie, słoneczko. Wybudziła się, wstała i poszła. Nawet nie podziękowała.- Oburzył się Helvete opierają się o framugę drzwi
-Cóż, przynajmniej jeden problem mamy z głowy.- Oznajmił Gave beztroskim i obojętnym tonem
-Mhm.- Przytaknęłam- Chodźmy dalej patrolować okolicę.- Zaproponowałam
-Dobry pomysł. A tak przy okazji. Zamontuj, stary, większe drzwi.- Poklepał szatyn fearie po ramieniu, po czym opuściliśmy jego posesję.
Dalej przechadzaliśmy się (czyt. ja truchtałam za Gave'm) naszą patrolowaną dzielnicą, gdy niespodziewanie natknęliśmy się na Engel i Gideona:
-O hej! Jeszcze się nie pozabijaliście?- Zagadnęła moja parabatai
-Na razie nie.- Odrzekłam, a Gave milczał jak grób i znowu przybrał tą swoją naburmuszoną minę
-Miło to słyszeć.- Włączył się do rozmowy Gideon- Ty jesteś Liv, prawda?
-Mhm.- Dygnęłam lekko przed nim
-Liv Lett.- Poprawiła go Engel
-Wolę Liv.- Popatrzyłam na nią karcącym wzrokiem; z niewiadomych mi powodów nie przepadałam za swoim drugim imieniem- Jak wam idzie patrolowanie waszej okolicy?- Zmieniłam temat
-Znośnie.- Odpowiedziała na me pytanie Engel
-To dobrze.- Odparłam z ciepłym uśmiechem, a Gave wyjął z kieszeni kurtki paczkę papierosów i jednego zapalił
-A jak wam idzie?- Zaciekawił się Gideon, który wyglądał na odrobinę zaspanego.
-Nie najgorzej. Spotkaliśmy trolla. Mieszańca.- Oznajmiłam
-Trolla?- Oboje się zdziwili.
-I to w dodatku mieszańca.- Dodałam
-Gdzie wyście chodzili?- Zapytała Engel z bardzo zdziwiona miną.
-Byliśmy tylko w parku Vigelanda...- Nie dokończyłam, bo poczułam jak ktoś szarpie mnie za bluzkę; spojrzałam w górę na beznamiętną twarz Gave'a, a on wzrokiem wskazał mi ciemną i wąską uliczkę- Wybaczcie, musimy lecieć.- Pożegnałam się z nimi i razem z mym tymczasowym partnerem ruszyliśmy uliczką. Oczywiście on prowadził. Szedł niewiarygodnie szybko powoli wyciągając zza pasa pistolety, natomiast ja zdjęłam z pleców katanę. Jako iż stawiał duże kroki, musiałam za nim biec, aż w końcu się wnerwiłam i pociągnęłam za skrawek jego skórzanej kurtki. To był błąd. Chłopak szybkim ruchem obrócił się i wycelował jednym z pistoletów w moją głowę, a ja instynktownie zrobiłam unik i trzepnęłam prawym ramieniem o ścianę budynku:
-Au.- Mruknęłam masując obolałe ramię i chowając katanę do pochwy na plecach
-Nie strasz mnie tak.- Warknął złowrogo i nie zważając na mnie dalej parł naprzód
-Poczekaj!- Krzyknęłam za nim błagalnie, lecz nie zareagował- Cholera.- Zaklęłam pod nosem i już miałam za nim iść, gdy czyjeś silne ręce przygwoździły mnie do ściany- Co do...
-Witaj cukiereczku.- Przywitał się ze mną wampir o włosach koloru indygo i oczami czerwonymi niczym race; chyba nie musze dodawać, że jego skóra była o kilka odcieni bledsza od skóry Gave'a...
-Spadaj pijawko.- Chciałam go odepchnąć, lecz on ani drgnął
-Ładnie to tak obrażać kogoś, kto cię komplementuje?- Jego usta niebezpiecznie zbliżyły się do mojego ucha i zaczął szeptać- Tej nocy będziesz moja...
-Po moim trupie.- Odezwał się gruby głos, który należał do innego wampira o fioletowych włosach
-Ekhem. Chciałbym ci przypomnieć, że i tak już jesteś martwy.- Zaśmiał się koleś z indygo na głowie- A poza tym, byłem pierwszy. Ona należy już do mnie.- Swoją lodowatą dłonią błądził po moim biodrze, a drugą przytrzymywał mnie za obojczyk. Jego ręka powędrowała wyżej, lecz nie doszła za wysoko, gdyż została brutalnie odstrzelona. Gave niczym cień wyłonił się z jednej ze ścian i zabijał wampiry celując w nie pistoletami, a ja patrzyłam na tą scenę jak Przyziemna, która niczego nie rozumie. Po tej całej strzelaninie podszedł do mnie i się pochylił:
-Żyjesz jeszcze?- Zapytał oschłym tonem z nutką dezaprobaty
-Jeszcze.- Mruknęłam- Czemu ty na mnie nie czekasz?- Zarzuciłam mu
-A ty czemu się mnie nie słuchasz?- Odpowiedział pytaniem na pytanie lekko agresywnym tonem
-Bo nie jestem małym dzieckiem, a tak poza tym to ty powinieneś się mnie słuchać!
-Ja? Niby dlaczego?! To moja dzielnica i to ja tutaj rządzę.- Oznajmił surowym tonem nieznoszącym sprzeciwu
-Ale pomieszkujesz w moim Instytucie, więc jesteś pod moją opieką.- Wyjaśniłam spokojnie, za spokojnie
-I że niby ty jesteś moją niańką?- Zapytał kpiącym tonem
-Można tak to ująć.
-To chyba raczej ja powinienem się zajmować tobą niż ty mną.- Zauważył- Jesteś taka mała, że aż się czasami boje, że się zgubisz.- Powiedział rozbawionym i nadal kpiącym tonem
-Ugh, nie cierpię cię.- Podsumowałam i ruszyłam w stronę ulicy skąpanej w zachodzącym słońcu
-Gdzie idziesz?- Zapytał
-Gdziekolwiek, byle jak najdalej od ciebie.- Oznajmiłam i zostawiłam go w ciemnej i ciasnej uliczce.
Szłam mało mi znaną dzielnicą Ullern w samotności, aż w końcu przystanęłam i zaczęłam wpatrywać się w majaczący w oddali park Vigalanda. Nagle poczułam jak ktoś kładzie mi swoje zimne i blade dłonie na ramiona oraz ostry ból w prawym ramieniu, aż jęknęłam:
-Coś ci się stało Liv?- Zapytał zatroskany głos, który należał do znajomego fearie; nie wiem dlaczego, ale nim się odezwał, myślałam, że ręce należą do Gave'a, lecz te były troche mniejsze i bardziej delikatne niż dłonie Nocnego Łowcy
-To nic, zaraz zrobię sobie iratze i wszystko będzie OK.- Uspokoiłam chłopaka
-Jesteś pewna?- Wyszeptał mi wprost do ucha, a jeden z jego dredów zaczął łaskotać mój kark
-Tak.- Odszepnęłam i wyciągnęłam z kieszeni stelę.
-Może odprowadzę cię do Instytutu.- Zaproponował Helvete obracając mnie twarzą do siebie
-Nie trzeba. Dobrze wiem, gdzie mieszkam.- Zapewniłam go
-Proszę, pozwól mi być przydatnym.- Zawył błagalnie fearie i chwycił moją dłoń, lecz nie na długo, gdyż jakaś siła odrzuciła go na bok
- Nie słyszałeś, że ona nie potrzebuje twojej asysty, ty gnido jedna?!- Mych uszu doszło warknięcie Gave'a
-Gave!- Krzyknęłam na niego oburzona, a Helvete stał jak wryty nie wiedząc co robić
-Wypad do siebie! Nikt cię tu nie potrzebuje.- Kontynuował Nocny Łowca
-Gave, odwal się od niego!- Broniłam fearie
-Nie wtrącaj się.- Warknął do mnie i zaczął okładać pięściami Helvete'go, a ten odpowiedział mu tym samym, przez co stworzyli uliczną bójkę
-Przestańcie, natychmiast!- Krzyknęłam, lecz się mnie nie posłuchali- O Aniele, jeszcze chwila, a się pozabijają.- Mruknęłam wystraszona i wyciągnęłam nieświadomie katanę, z którą weszłam pomiędzy nimi.- Do cholery jasnej, ogarnijcie się przygłupy.- Wrzasnęłam i obaj zaprzestali wykonywanej czynności; Gave podczas wycofywania pięści, niechcący przejechał kostkami po ostrzu mej katany i jego ręka zaczęła barwić się krwią- Gave, wracamy do Instytutu, a ty Hel do domu.- Nakazałam i pociągnęłam za sobą szatyna za rękaw jego skórzanej kurtki; nikt nie protestował. Każdy rozszedł się w swoją stronę...
Engel
W czasie patrolu natknęliśmy sie na Liv i Gave'a, których patrol chyba powoli dobiegał końca, ale nasz był dopiero u początku. Chodziliśmy i obserwowaliśmy okolicę, ale na nic się nie natknęliśmy, poza mała dziewczynką.
- Hej, co się stało? - Zapytałam może pięcioletnią dziewczynkę, która wylewał łzy.
- Moja... mama... - Łkała.
- Coś się jej przydarzyło złego? - Zadał dziecku pytanie Gideon.
- Nie wiem... Nie wiem gdzie jest. Ja chce do mamy - Krzyczała i płakała jednocześnie.
- No to może jej poszukamy? - Uśmiechnął się, najpiękniejszym uśmiechem jaki widziałam, Gideon.
- Taak. - Malutka przestała płakać i powiesiła sie na szyi chłopaka, który kucał ażeby móc porozmawiać z dzieckiem.
- A powiesz jak masz na imię, złociutka?- Poprosił uroczo chłopak.
- Mam na imię Susie.
- A ja jestem Gideon, a to jest Engel.
- Yhym. - Odpowiedziała z zapałem i szerokim uśmiechem na ustach.
We troje poszliśmy poszukać mamy dziewczynki.
Przespacerowaliśmy przez prawie całą dzielnicę i nic. Postanowiliśmy jednakże sie nie poddawać i ruszyliśmy w stronę sąsiedniej, gdzie, być może, mogliśmy znaleźć ową poszukiwaną.
- Mama!!! - Krzyknęła głośno Susie, gdy zobaczyła kobietę, która posiadała krótkie blond włosy, niebieskie oczy, jak przystało na Norweżkę, i była dość niska.
- Och, córeczko! - Kobieta podbiegła do nas i zabrała z rąk Gideona swe dziecko. - Nie wiem jak mam wam dziękować. - Zwróciła sie do nas.
- To naprawdę nic wielkiego. - Odpowiedział Gideon bardzo skromnie.
- Znaleźliście mój najdroższy skarb. Jestem wam dozgonnie wdzięczna. Co mogę zrobić, aby wam podziękować? - Powiedziała lekko zatroskana rodzicielka, ale szczęśliwa, że znalazła swoje dziecko.
- Wystarczy jeśli pani będzie bardziej na nią uważać. - Odrzekł chłopak głosem, w którym można było dostrzec troskę
- Będę. Jeszcze raz wam dziękuję. - Powiedziała i ucałowała policzek każdego z nas, a potem się z nami pożegnała.
Po tym wydarzeniu ruszyliśmy w stronę Instytutu, który był niemały kawałek od miejsca, w którym aktualnie się znajdowaliśmy.
- Jestem pod wrażeniem. - Odezwałam sie do Gideona, gdy byliśmy już w połowie drogi.
- Czego? - Zapytał z miną, która wyrażała zaskoczenie, a może nawet zdumienie.
- Twojego zachowania wobec tej małej i jej mamy. - Odpowiedziałam na jego pytanie.
- To nic wielkiego. Każdy może sie czasem zagubić. - Powiedział, a następnie dodał - A zwłaszcza jeśli jest się dzieckiem.
- Yhym. - I wtedy zaczęłam rozmyślać, czy pod tym są jakieś podteksty, ale nic nie wyłapałam.
- No co?
- No nic. P prostu zaskoczyłeś mnie.
- Nie ciebie pierwszą i nie ciebie ostatnią. - Odpowiedział, ale teraz w swoim "dupkowatym" stylu.
- Acha. Dobra, wracajmy do Instytutu zanim zaczną sie o nas martwić - Zagadałam do Gideon już bez żadnych dogryzek, bo nie miałam już siły na nic, byłam głodna no i chciałam jak najszybciej sie dowiedzieć co u Mikaela.
Musieliśmy opuścić dzielnicę Ullern, gdyż poza nią znajdowało się skupisko restauracji. Wybraliśmy się do ,,Dinner Restaurant" gdzie serwowano kuchnię azjatycką.
Gdy weszliśmy do lokalu, nikogo tam nie było, prócz kilku kelnerek i barmana. Zajęliśmy stolik blisko wyjścia i czekaliśmy aż któraś raczy do nas podejść. Zostaliśmy obsłużeni dopiero po dwudziestu minutach czekania. Podeszła do nas dziewczyna z białą twarzą, skośnymi oczami i czarnymi jak sadza włosami upiętymi w kok. Na sobie miała typowo chińską czerwoną sukienkę ze złotym smokiem:
-Ní hào.- Przywitała się podając nam menu- Co zamawiamy?- Zaczęliśmy je kartkować, każde szukając odpowiedniego dania dla siebie; pierwszy odezwał się Gave
-Może makaron ryżowy smażony z jajkiem.
-Mhm, a dla pani?- Zanotowała kelnerka
-Eeem... Tajskie curry z kurczakiem poproszę.- Zdecydowałam się
-Coś do tego?- Zadała nam pytanie Chinka czy kimkolwiek ona tam była
-Cola.- Powiedzieliśmy jednocześnie
-Mhm. Dania będą gotowe za dziesięć minut.- Poinformowała nas i odeszła od naszego stolika
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, aż w końcu pierwszy odezwał się Gave:
-Jakoś nie widzę ciebie w tych kimonach...
-Ja siebie też.- Zgodziłam się z nim
-Ale w chodakach jak najbardziej.- Dokończył z lekkim uśmiechem
-A ja widzę ciebie z tym wachlarzem.- Pokazałam wzrokiem na jedną z kelnerek, która się wachlowała biało różowym wachlarzem
-Pasowałby do moich oczu.- Zgodził się żartując, a ja zaczęłam się chichrać- Ej, nie uważasz, że ten twój fearie ma za małe drzwi?- Poskarżył się
-Nie. Dla mnie są wystarczające.
-Dla ciebie tak, ale dla mnie są za niskie...
-Twój problem.- Posłałam mu uśmiech, a on go odwzajemnił
-Jak niskim karłem trzeba być, żeby sięgać wzrostem do ich 3/4 długości?- Zaczął się przekomarzać
-Śmiesz twierdzić, że jestem karłem?- Uniosłam jedną brew
-Tak, śmiem i nie boję się ciebie, karzełku.- I tak oto zyskałam nowe przezwisko
-To lepiej zacznij.- Poradziłam mu i kopnęłam go pod stołem w nogę
-Au. Twoje nóżki nie są aż tak krótkie jak mi się zdawało.- Rzekł masując swój lewy piszczel
-Widzisz, nie jestem karłem.- Skrzyżowałam ręce na piersi
-Jesteś.- Sprzeczał się ze mną- Ile ty w ogóle masz wzrostu?
-A ile byś mi dał?
-Coś około metr dwadzieścia?- Odpowiedział pytaniem oceniając moją wysokość
-Ha ha. Bardzo śmieszne.- Popatrzyłam na niego spode łba i podałam prawidłową odpowiedź- Metr sześćdziesiąt.
-Ha! Byłem blisko.
-Wcale nie! A niby ty ile masz wzrostu?
-Ponad dwa metry.- Pochwalił się
-Taa, chyba w szpilkach.- Nie dowierzałam; sięgałam mu zaledwie do łokci
-Nie, bez.- Odparł i w tym samym czasie przed naszymi nosami padły dwa talerze z parującym jedzeniem i dwa kubki z napojami:
-Gè bǎo. Smacznego- Powiedziała kelnerka i odeszła
-Wygląda całkiem znośnie.- Ocenił swój posiłek Gave i zaczęliśmy jeść, oczywiście pałeczkami...
Po zjedzeniu naszych dań wróciliśmy do Helvete'go, by sprawdzić jak czuje się dziewczyna:
-Wyszła jakieś piętnaście minut temu.- Oznajmił fearie wychodząc nam na przeciw, zanim dopadliśmy drzwi
-Jak to?
-No, normalnie, słoneczko. Wybudziła się, wstała i poszła. Nawet nie podziękowała.- Oburzył się Helvete opierają się o framugę drzwi
-Cóż, przynajmniej jeden problem mamy z głowy.- Oznajmił Gave beztroskim i obojętnym tonem
-Mhm.- Przytaknęłam- Chodźmy dalej patrolować okolicę.- Zaproponowałam
-Dobry pomysł. A tak przy okazji. Zamontuj, stary, większe drzwi.- Poklepał szatyn fearie po ramieniu, po czym opuściliśmy jego posesję.
Dalej przechadzaliśmy się (czyt. ja truchtałam za Gave'm) naszą patrolowaną dzielnicą, gdy niespodziewanie natknęliśmy się na Engel i Gideona:
-O hej! Jeszcze się nie pozabijaliście?- Zagadnęła moja parabatai
-Na razie nie.- Odrzekłam, a Gave milczał jak grób i znowu przybrał tą swoją naburmuszoną minę
-Miło to słyszeć.- Włączył się do rozmowy Gideon- Ty jesteś Liv, prawda?
-Mhm.- Dygnęłam lekko przed nim
-Liv Lett.- Poprawiła go Engel
-Wolę Liv.- Popatrzyłam na nią karcącym wzrokiem; z niewiadomych mi powodów nie przepadałam za swoim drugim imieniem- Jak wam idzie patrolowanie waszej okolicy?- Zmieniłam temat
-Znośnie.- Odpowiedziała na me pytanie Engel
-To dobrze.- Odparłam z ciepłym uśmiechem, a Gave wyjął z kieszeni kurtki paczkę papierosów i jednego zapalił
-A jak wam idzie?- Zaciekawił się Gideon, który wyglądał na odrobinę zaspanego.
-Nie najgorzej. Spotkaliśmy trolla. Mieszańca.- Oznajmiłam
-Trolla?- Oboje się zdziwili.
-I to w dodatku mieszańca.- Dodałam
-Gdzie wyście chodzili?- Zapytała Engel z bardzo zdziwiona miną.
-Byliśmy tylko w parku Vigelanda...- Nie dokończyłam, bo poczułam jak ktoś szarpie mnie za bluzkę; spojrzałam w górę na beznamiętną twarz Gave'a, a on wzrokiem wskazał mi ciemną i wąską uliczkę- Wybaczcie, musimy lecieć.- Pożegnałam się z nimi i razem z mym tymczasowym partnerem ruszyliśmy uliczką. Oczywiście on prowadził. Szedł niewiarygodnie szybko powoli wyciągając zza pasa pistolety, natomiast ja zdjęłam z pleców katanę. Jako iż stawiał duże kroki, musiałam za nim biec, aż w końcu się wnerwiłam i pociągnęłam za skrawek jego skórzanej kurtki. To był błąd. Chłopak szybkim ruchem obrócił się i wycelował jednym z pistoletów w moją głowę, a ja instynktownie zrobiłam unik i trzepnęłam prawym ramieniem o ścianę budynku:
-Au.- Mruknęłam masując obolałe ramię i chowając katanę do pochwy na plecach
-Nie strasz mnie tak.- Warknął złowrogo i nie zważając na mnie dalej parł naprzód
-Poczekaj!- Krzyknęłam za nim błagalnie, lecz nie zareagował- Cholera.- Zaklęłam pod nosem i już miałam za nim iść, gdy czyjeś silne ręce przygwoździły mnie do ściany- Co do...
-Witaj cukiereczku.- Przywitał się ze mną wampir o włosach koloru indygo i oczami czerwonymi niczym race; chyba nie musze dodawać, że jego skóra była o kilka odcieni bledsza od skóry Gave'a...
-Spadaj pijawko.- Chciałam go odepchnąć, lecz on ani drgnął
-Ładnie to tak obrażać kogoś, kto cię komplementuje?- Jego usta niebezpiecznie zbliżyły się do mojego ucha i zaczął szeptać- Tej nocy będziesz moja...
-Po moim trupie.- Odezwał się gruby głos, który należał do innego wampira o fioletowych włosach
-Ekhem. Chciałbym ci przypomnieć, że i tak już jesteś martwy.- Zaśmiał się koleś z indygo na głowie- A poza tym, byłem pierwszy. Ona należy już do mnie.- Swoją lodowatą dłonią błądził po moim biodrze, a drugą przytrzymywał mnie za obojczyk. Jego ręka powędrowała wyżej, lecz nie doszła za wysoko, gdyż została brutalnie odstrzelona. Gave niczym cień wyłonił się z jednej ze ścian i zabijał wampiry celując w nie pistoletami, a ja patrzyłam na tą scenę jak Przyziemna, która niczego nie rozumie. Po tej całej strzelaninie podszedł do mnie i się pochylił:
-Żyjesz jeszcze?- Zapytał oschłym tonem z nutką dezaprobaty
-Jeszcze.- Mruknęłam- Czemu ty na mnie nie czekasz?- Zarzuciłam mu
-A ty czemu się mnie nie słuchasz?- Odpowiedział pytaniem na pytanie lekko agresywnym tonem
-Bo nie jestem małym dzieckiem, a tak poza tym to ty powinieneś się mnie słuchać!
-Ja? Niby dlaczego?! To moja dzielnica i to ja tutaj rządzę.- Oznajmił surowym tonem nieznoszącym sprzeciwu
-Ale pomieszkujesz w moim Instytucie, więc jesteś pod moją opieką.- Wyjaśniłam spokojnie, za spokojnie
-I że niby ty jesteś moją niańką?- Zapytał kpiącym tonem
-Można tak to ująć.
-To chyba raczej ja powinienem się zajmować tobą niż ty mną.- Zauważył- Jesteś taka mała, że aż się czasami boje, że się zgubisz.- Powiedział rozbawionym i nadal kpiącym tonem
-Ugh, nie cierpię cię.- Podsumowałam i ruszyłam w stronę ulicy skąpanej w zachodzącym słońcu
-Gdzie idziesz?- Zapytał
-Gdziekolwiek, byle jak najdalej od ciebie.- Oznajmiłam i zostawiłam go w ciemnej i ciasnej uliczce.
Szłam mało mi znaną dzielnicą Ullern w samotności, aż w końcu przystanęłam i zaczęłam wpatrywać się w majaczący w oddali park Vigalanda. Nagle poczułam jak ktoś kładzie mi swoje zimne i blade dłonie na ramiona oraz ostry ból w prawym ramieniu, aż jęknęłam:
-Coś ci się stało Liv?- Zapytał zatroskany głos, który należał do znajomego fearie; nie wiem dlaczego, ale nim się odezwał, myślałam, że ręce należą do Gave'a, lecz te były troche mniejsze i bardziej delikatne niż dłonie Nocnego Łowcy
-To nic, zaraz zrobię sobie iratze i wszystko będzie OK.- Uspokoiłam chłopaka
-Jesteś pewna?- Wyszeptał mi wprost do ucha, a jeden z jego dredów zaczął łaskotać mój kark
-Tak.- Odszepnęłam i wyciągnęłam z kieszeni stelę.
-Może odprowadzę cię do Instytutu.- Zaproponował Helvete obracając mnie twarzą do siebie
-Nie trzeba. Dobrze wiem, gdzie mieszkam.- Zapewniłam go
-Proszę, pozwól mi być przydatnym.- Zawył błagalnie fearie i chwycił moją dłoń, lecz nie na długo, gdyż jakaś siła odrzuciła go na bok
- Nie słyszałeś, że ona nie potrzebuje twojej asysty, ty gnido jedna?!- Mych uszu doszło warknięcie Gave'a
-Gave!- Krzyknęłam na niego oburzona, a Helvete stał jak wryty nie wiedząc co robić
-Wypad do siebie! Nikt cię tu nie potrzebuje.- Kontynuował Nocny Łowca
-Gave, odwal się od niego!- Broniłam fearie
-Nie wtrącaj się.- Warknął do mnie i zaczął okładać pięściami Helvete'go, a ten odpowiedział mu tym samym, przez co stworzyli uliczną bójkę
-Przestańcie, natychmiast!- Krzyknęłam, lecz się mnie nie posłuchali- O Aniele, jeszcze chwila, a się pozabijają.- Mruknęłam wystraszona i wyciągnęłam nieświadomie katanę, z którą weszłam pomiędzy nimi.- Do cholery jasnej, ogarnijcie się przygłupy.- Wrzasnęłam i obaj zaprzestali wykonywanej czynności; Gave podczas wycofywania pięści, niechcący przejechał kostkami po ostrzu mej katany i jego ręka zaczęła barwić się krwią- Gave, wracamy do Instytutu, a ty Hel do domu.- Nakazałam i pociągnęłam za sobą szatyna za rękaw jego skórzanej kurtki; nikt nie protestował. Każdy rozszedł się w swoją stronę...
Engel
W czasie patrolu natknęliśmy sie na Liv i Gave'a, których patrol chyba powoli dobiegał końca, ale nasz był dopiero u początku. Chodziliśmy i obserwowaliśmy okolicę, ale na nic się nie natknęliśmy, poza mała dziewczynką.
- Hej, co się stało? - Zapytałam może pięcioletnią dziewczynkę, która wylewał łzy.
- Moja... mama... - Łkała.
- Coś się jej przydarzyło złego? - Zadał dziecku pytanie Gideon.
- Nie wiem... Nie wiem gdzie jest. Ja chce do mamy - Krzyczała i płakała jednocześnie.
- No to może jej poszukamy? - Uśmiechnął się, najpiękniejszym uśmiechem jaki widziałam, Gideon.
- Taak. - Malutka przestała płakać i powiesiła sie na szyi chłopaka, który kucał ażeby móc porozmawiać z dzieckiem.
- A powiesz jak masz na imię, złociutka?- Poprosił uroczo chłopak.
- Mam na imię Susie.
- A ja jestem Gideon, a to jest Engel.
- Yhym. - Odpowiedziała z zapałem i szerokim uśmiechem na ustach.
We troje poszliśmy poszukać mamy dziewczynki.
Przespacerowaliśmy przez prawie całą dzielnicę i nic. Postanowiliśmy jednakże sie nie poddawać i ruszyliśmy w stronę sąsiedniej, gdzie, być może, mogliśmy znaleźć ową poszukiwaną.
- Mama!!! - Krzyknęła głośno Susie, gdy zobaczyła kobietę, która posiadała krótkie blond włosy, niebieskie oczy, jak przystało na Norweżkę, i była dość niska.
- Och, córeczko! - Kobieta podbiegła do nas i zabrała z rąk Gideona swe dziecko. - Nie wiem jak mam wam dziękować. - Zwróciła sie do nas.
- To naprawdę nic wielkiego. - Odpowiedział Gideon bardzo skromnie.
- Znaleźliście mój najdroższy skarb. Jestem wam dozgonnie wdzięczna. Co mogę zrobić, aby wam podziękować? - Powiedziała lekko zatroskana rodzicielka, ale szczęśliwa, że znalazła swoje dziecko.
- Wystarczy jeśli pani będzie bardziej na nią uważać. - Odrzekł chłopak głosem, w którym można było dostrzec troskę
- Będę. Jeszcze raz wam dziękuję. - Powiedziała i ucałowała policzek każdego z nas, a potem się z nami pożegnała.
Po tym wydarzeniu ruszyliśmy w stronę Instytutu, który był niemały kawałek od miejsca, w którym aktualnie się znajdowaliśmy.
- Jestem pod wrażeniem. - Odezwałam sie do Gideona, gdy byliśmy już w połowie drogi.
- Czego? - Zapytał z miną, która wyrażała zaskoczenie, a może nawet zdumienie.
- Twojego zachowania wobec tej małej i jej mamy. - Odpowiedziałam na jego pytanie.
- To nic wielkiego. Każdy może sie czasem zagubić. - Powiedział, a następnie dodał - A zwłaszcza jeśli jest się dzieckiem.
- Yhym. - I wtedy zaczęłam rozmyślać, czy pod tym są jakieś podteksty, ale nic nie wyłapałam.
- No co?
- No nic. P prostu zaskoczyłeś mnie.
- Nie ciebie pierwszą i nie ciebie ostatnią. - Odpowiedział, ale teraz w swoim "dupkowatym" stylu.
- Acha. Dobra, wracajmy do Instytutu zanim zaczną sie o nas martwić - Zagadałam do Gideon już bez żadnych dogryzek, bo nie miałam już siły na nic, byłam głodna no i chciałam jak najszybciej sie dowiedzieć co u Mikaela.
Komentarze
Prześlij komentarz