Rozdział 8

Liv
Gdy Gave mnie całował, poczułam adrenalinę wymieszaną ze strachem. Nie, nie bałam się go. Bałam sie jedynie swojego serca, które biło niemiłosiernie szybko, a przez to zdradzało co do niego czułam. Mówią, że między nienawiścią, a miłością jest cienka granica, i to jest prawda. Zrozumiałam to właśnie w tej chwili. Nie nienawidziłam Gave'a, tylko go kochałam. Problem jedynie był w tym, że nie spodziewałam sie, że będę zdolna pokochać kogoś takiego jak on... Kiedy w końcu odsunął się na chwilę ode mnie, do pokoju wkroczyła Engel, która w rękach dzierżyła siekierę :
-Mam siekierę i nie zawaham się jej użyć!- Zagroziła, a ja myślałam, że albo popłaczę się ze śmiechu, albo ona na serio go ,,zasiekieruje". Szybko zeskoczyłam z łóżka i podbiegłam do niej
-Już wszystko w porządku. Odłóż to.- Poprosiłam uprzejmie; wiedziałam, że senna Engel może być równie nieobliczalna, co wyspany Gave.
- Ej, noo... A już chciałam kogoś zmasakrować.- Westchnęła moja parabatai i wróciła do siebie, razem z siekierą. Zostałam w pomieszczeniu sam na sam z chłopakiem. Popatrzyłam się na niego, a on na mnie i w tym samym momencie, kiedy ja ruszyłam w stronę drzwi, on poderwał się z łóżka i zastąpił mi drogę:
-Gdzie idziesz?- Zapytał pochylając się nisko
-Do siebie.- Oznajmiłam krzyżując ręce na piersi
-Może zostań u mnie.- Zaproponował, a ja od razu pokiwałam przecząco głową- Wiem, że tego chcesz.- Szepnął mi kusząco do ucha, a ja odskoczyłam jak poparzona i cała czerwona na twarzy
-Powiedziałam, że nie, to nie.- Zdecydowanie zaprotestowałam, ale on mnie nie słuchał, tylko pocałował w usta i niezauważalnie przeniósł na swoje łóżko. Leżałam nie wiedząc już gdzie jestem i co się ze mną dzieje, więc zamknęłam oczy. Gdy poczułam jego rozgrzane wargi na swojej szyi, położyłam swoje dłonie na jego klatce piersiowej i delikatnie od siebie odpychałam. Zaczął całować co raz namiętniej, aż w końcu przyłożyłam swoją dłoń do jego ust, co oznaczało, aby przestał. Udało mi się otworzyć oczy i dostrzec jego minę. Jego policzki były zaróżowione, co sprawiło, że serce zabiło mi jeszcze szybciej. Zarumieniony Gave? To zdecydowanie lubię. Po chwili bezruchu w końcu jakoś zareagował. Pocałował wnętrze mojej dłoni i położył się obok mnie. Cała trzęsłam się od nadmiaru emocji, których przed chwilą doświadczyłam, ale wiedziałam jedno: musiałam iść teraz spać. Powieki same mi opadały, a ja już ledwo byłam sobą. Gave nieśmiało splótł swoje palce z moimi, a ja już zapomniałam z kim leżę i po prostu oparłam swoją głowę o jego ramię i zasnęłam.


Engel
Sytuacja w pokoju Gave'a był niezręczna i dziwna, ale sądzę iż lepiej było ażeby oni sobie prędzej wszystko wyjaśnili niżeli później, bo później będzie tylko gorzej. Wyszłam z pomieszczenia wraz  z siekierą, którą trzymałam pod łóżkiem na wszelki wypadek i poszłam spać, teoretycznie, gdyż nie dałam rady zasnąć. Byłam już za bardzo rozbudzona by spać, tak więc odłączyłam telefon od ładowarki i zaczęłam przeglądać playlistę, która zawierała z miliard piosenek, nie dosłownie, ale prawdę mówiąc to całkiem sporo. Nie mogłam niczego ciekawego znaleźć, ale ostatecznie wybrałam utwór pod tytułem "Bad things". Wsłuchiwałam się w tekst i próbowałam zmusić się do tego, aby odpłynąć w objęcia Morfeusza. 
Następnego ranka obudziłam się  obolała. Moja szyja wołała o pomstę do nieba, tak samo jak ręka. Chyba niezbyt wygodnie spałam i teraz jak na złość to się odzywa . Z trudem przestawiłam sobie lekko szyję i w końcu czułam, że mogę coś zdziałać. Udałam się do łazienki, gdzie się odświeżyłam i przebrałam, a następnie nałożyłam makijaż na twarz, ale nie za dużo. Z racji, że była dosyć wczesna pora, postanowiłam, iż zrobię wszystkim śniadanie z dobroci serca. Miałam straszną chcicę na spaghetti z serem i z sosem pomidorowym, więc wzięłam się za poszukiwanie potrzebnych mi składników. 
- Wcześnie wstałaś, aniołku. - Usłyszałam za sobą zaspany głos chłopaka, który jako jedyny się tak do mnie zwracał. 
- Pewnie nie wcześniej niż ty, śpiąca królewno. - Odparowałam i zaśmiałam aię pod nosem.
- Kto jak kto, ale szybciej ze mnie czarujący książę niż śpiąca królewna. Szybciej mógłbym ciebie określić tym mianem. - Gdy to powiedział, miałam ochotę się położyć i śmiać do rozpuchu.
- Skoroś taki czarujący, to lepiej idź do sklepu i kup składniki do śniadania. - Poradziłam, a raczej rozkazałam, jak to miałam w zwyczaju.
- A co będzie do szamania? - Zaciekawił się. 
- Dowiesz się w swoim czasie. - Rzekłam zagadkowo.
- Czyli, gdy będę latał po sklepie i robił za tragarza. - Odpowiedział sam na swoje wewnętrzna, a może nawet i ujawnione pytanie. 
- Dokładnie. - Odpowiedziałam i się wyszczerzyłam. 
- Dobrze wiedzieć. No to ubieraj się i idziemy, bo aż mi ślinka cieknie na myśl o jedzeniu. - Stwierdził, a chwilę później narzucał na siebie swoją kurtkę. 
- Nie napalaj się za bardzo, bo potem będziesz łaził jak zbity pies. 
- Az tak niedobre będzie czy co? 
- Po prostu będzie więcej dla mnie. - Wyszczerzyłam się i pociągnęłam go za sobą na miasto. 
Oboje nałożyliśmy na siebie runy niewidzialności i udaliśmy się na wyprawę po sklepach spożywczych. 
- No to co teraz? - Zapytał się Gideon, gdy byliśmy już na miejscu.
- Zakuuupy. - Zawołałam i pognałam przed siebie między półkami.


Liv
Obudziłam się na czymś przyjemnie ciepłym. Gdy leniwie otworzyłam oczy, ujrzałam bladoniebieskie tęczówki Gave'a chyba z najmniejszej odległości jaka kiedykolwiek nas dzieliła. Szybko zerwałam się, ale zboczeniec objął mnie i powalił z powrotem do pozycji leżącej:
-Gdzie się wybierasz?- Zapytał normalnym tonem, jakby ta sytuacja była zupełnie zwyczajna
-Nie chcę widzieć obrazów, ani tym bardziej pokazywać ci jakichś niestworzonych wizji .- Odparłam będąc cały czas przyciskana do torsu chłopaka
-Brzmi sensownie.- Stwierdził, a ja powoli się podniosłam
-Puść mnie w końcu.- Nakazałam- Muszę się ubrać w swoje ubrania i zrobić śniadanie dla wszystkich.
-Później to zrobisz.- Pocałował mnie w policzek nadal przytulając do siebie
-Gave!- Starałam się wyswobodzić z jego uścisku, ale to wszystko było na nic- O Anieleee.- Westchnęłam przeciągle i  uderzyłam czołem o klatkę piersiową chłopaka
-Nie denerwuj się tak. Złość piękności szkodzi.- Zaśmiał się; nie znałam Gave'a od tej strony. Zawsze myślałam o nim, jak o kimś, kto nie lubi jakichkolwiek kontaktów z innymi ludźmi i o kimś, kto nie jest zdolny do kochania w żaden sposób. Jednak myliłam się, aczkolwiek do Gave'a jakoś nie pasowało takie zachowanie. Po prostu nie i już. W końcu poczułam, że rozluźnił uścisk, więc szybko się podniosłam i wyszłam z jego pokoju. Idąc do siebie czułam... euforię i radość? To dziwne. Powinnam być zakłopotana i zła, wręcz powinna mnie palić żądza mordu, ale z jakiegoś dziwnego powodu tak się nie działo. Wolałam się w to nie zagłębiać. Im mniej myślisz tym lepiej, powtarzałam to ciągle podczas mego powrotu do własnego pokoju i przebieraniu się. Poczesałam włosy, przemyłam twarz chłodną wodą, wsmarowałam krem nawilżający w twarz i już byłam gotowa na dzisiejszy dzień. Spojrzałam na etażerkę, która stała przy moim łóżku. Na jednej z półek znajdowała się szkatułka z czymś co było dla mnie cenne i przypominało o rodzicach. Zajrzałam do jej wnętrza, aby upewnić się, że owy przedmiot jest na miejscu. Był, tak jak zwykle i lepiej by się nic nie zmieniało. Szybko wyszłam z pokoju i pognałam po schodach na dół, prosto do kuchni. Gdy weszłam do pomieszczenia, zastałam tam Gideona i Engel razem. Coś gotowali i byli tak pochłonięci rozmową ze sobą, że nie zauważyli, kiedy weszłam. Szczerze, to nawet nie chciałam im przerywać, więc wyszłam tak szybko jak się pojawiłam. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, więc skierowałam swe kroki do biblioteki. 

Engel
Po powrocie z większych zakupów, które napełniły lodówkę po brzegi, zaczęłam krzątać się po kuchni i na powrót rozmawiać z Gideonem. 
- Jak tam twoja lasencja? 
- Tak jak zawsze. Z reszta sama wiesz.  
- No w sumie wiem, co było ostatnio.
- Noo, a teraz znów mnie męczy, żeby się spotkać.
- Ouu. I co, zamierzasz się z nią umówić? 
- Jeśli mam być szczery, to za Anioła mi się nie chce, bo zaczyna zachowywać się jak pieprzona prześladowczyni. 
- Biedny, książe. 
- A żebyś wiedziała, aniołku. Chciałabyś ze mną wyjść na miasto i pokazać jej jaką jesteśmy zajebiaszczą parą. 
- Haha. To takie twe metody. 
- No co? Jakieś trzeba mieć. Te delikatne na nią nie działają. 
- To kiedy chcesz przeprowadzić tę akcję? 
- Wszystkie randki traktujesz jako misje? 
- Em... 
- Nie byłaś na żadnej? 
- Ech, no nie. Jakoś nie było okazji ani z kim. 
- Ślepi byli czy co. Już dawno powinnaś się opędzać od napalonych facetów. 
- Nie w moim świecie.  Jak masz runę niewidzialności to nikt cię nie zobaczy. 
- Niby tak, ale ja cię widzę i zapraszam cię na twoją pierwszą i najlepszą randkę w życiu.
- Nie jesteś zbyt pewny siebie? 
- Jestem idealny w każdym calu i gwarantuje niezapomniane przeżycia. - Pochwalił się. 
- Nie mów hop zanim nie przeskoczysz. 
- Czyli się ze mną wybierzesz? 
- Mhmm. 
- Oł jeee. 
- Nie sądziłam, że się tak ucieszysz. To gdzie i o której? 
- Co powiesz na dzisiaj? 
- Dzisiaj? Sama nie wiem, musiałabym pogadać z Gabrielem. 
- Pogadane. 
- Co?! 
- Możecie iść. - Usłyszałam za sobą głos szefa instytutu. 
- Mówiłem ci. - Odezwał się Gideon. 
- To kiedy jedzenie? 
-  Jak się makaron ugotuje. 
- Więc zawołajcie mnie jak będzie dobry. Ja będę w biurze razem z Charlotte. 
- Zawołamy. - Odrzekłam i pogoniłam z kuchni. Gideon został wraz ze mną i opierał się ob kuchenny blat. 
- Bądź gotowa o siódmej. - Odrzekł i, co mnie zdziwiło, ucałował mój policzek. 
-  A to za co? 
- Za nic. Przyzwyczajaj się. - Rzekł i zabrał ze sobą sos do jadalni. Ja chwyciłam już gotowy makaron i poszłam za nim. 
Zwołaliśmy wszystkich na posiłek i zjedliśmy go ze smakiem. Gabriel wyznaczył każdej parze wyjście wieczorem do klubów, gdzie najczęściwj przebywają Dzieci Nocy i inne magiczne stworzenia, by zdobyć jak najwięcej informacji na temat rzekomego powstania wampirów i przyszłej rewolucji, która się zbliża. 
 -... Narazie idźcie na poranny zwiad, a potem macie czas wolny aż do wieczora. - Poinstruował nas Gabriel, a chwilę później był z powrotem w gabinecie i "omawiał strategię" razem z szefową drugiego instytutu.
Udałam się jeszczę na chwilę do swej komnaty, skąd zabrałam swoje berło, czyli stelę oraz skórzaną kurtkę, krórą wielbiłam. 
- Idziemy? - Zapytał się mój nowo-stary partner na zwiady, a teraz także randki. 
W tym momencie dotarło do mnie, iż całkowicie nie wiem co się robi na takich spotkaniach towarzyskich i jak się ubrać. Może i oglądałam tysięce komedii romantycznych i czytałam romanse, ale to nie to samo co rzeczywistość. Wiele razy słyszałam rozmowy dziewczyn na ten temat, ale nie zdawałam sobie sprawy, że takie informacje będą mi potrzebne, a poza tym ons były Przyziemnymi, a ja Nocnym Łowcą. Chyba musiałam pogadać o tym z Charlotte, chociaż to będzie dziwne...
- A poza tematem to, mogłabyś posprzątać trochę u siebie. Masz większy syf niż bliźniacy. Nielada wyczyn. 
- Dzięki. 
- To nie był komplement. Jak chcesz to ci pomogę, jak wrócimy. 
- A co z tego będziesz miał, jeśli wolno mi spytać? 
- Poza spędzeniem czasu w twoim towarzystwie?
- Poza. 
- No to możliwoąć pogapienia się na to, jak się wyginasz sprzątając. - Sprośnie zażartował. 
- Zbok. - Pacnęłam go łokciem w ramię. 
- A za to jaki przystojny zbok. 
- Nie narcyzuj, bo jeszcze się w sobie zakochasz. 
- O to nie musisz się martwić. Powinnaś raczej myśleć nad tym, w co się dzisiaj ubierzesz, tak jak inne dziewczyny. 
- Nie jestem taka jak inne. 
- To da się zauważyć. Nie każda wyczuje demona na kilometr i nie każda zagra Mozarta na fortepianie nie patrząc.
- Dzięki, ale troszeczkę  tyci tyci przesadzasz. - Zagestykulowałam.
- Cichaj. Ja nigdy nie przesadzam. - Pochwalił się, a później pokazał język, jak małe dziecko. 
- Wmawiaj sobie, wmawiaj. - Obdarzyłam go szczerym uśmiechem. Ten chłopak mnie rozbrajał i doprowadzał mnie do szału. 
- Będę. 
Rozmawialiśmy z Gideonem cały zwiad, jeśli rozmową można nazwać śmianie się z kiepskich żartów chłopaka, które o dziwo mnie śmieszyły. 

Wróciliśmy po niecałych dwóch godzinach i każde z nas poszło w swoją stronę. Nie wszyscy wrócili, więc miałam prawie cały budynek do użytku. Przebrałam się w wygodniejsze ubranie i wybrałam się do dużego salonu, gdzie stał mój ukochany instrument, zwany potocznie fortepianem. Na rozgrzewkę zagrałam prostą melodię, która przez wiele lat była moją kołysanką, chciaż usypoająca nie była, raczej romantyczna. 
Gdy skończyłam grać utwór, wzięłam się za "Cztery pory roku" Vivaldiego. Uwielbiałam ich brzmienie i dzięki nim lepiej myślałam oraz uspokajałam się. Muzyka od zawsze pozwalała mi oczyścić myśli i wszystko sobie poukładać. 
Po zakończeniu swej lekcji, udałam się do Charlotte po radę. W chwili, gdy weszłam do jej pokoju, podśpiewywała kołysankę, którą wcześniej grałam. 
- Engel, nie spodziewałam się ciebie. 
- Przepraszam za najście, ale potrzebuję porady, a nie wiedziałam za bardzo do kogo mogłabym się z tym zwrócić, więc pomyślałam o tobie. 
- Dobrze pomyślałaś. W czym mogę służyć ci radą?
- No bo chodzi o to, że mam dzisiaj randę z pewnym chłopakiem i... 
- Z Gideonem? 
- Tak, zgadza się. Chodzi o to, że nigdy nie byłam na żadnej randce i nie mam zielonego pojęcia, jak się ubrać ani jak mam się zachowywać. 
- Pozwól, że ci coś powiem... - Poklepała miejsce obok siebie, kontunuując swoją wypowiedź. - ... Z chłopcami trzeba brać wszystko naturalnie i nie owijać w bawełnę. Musisz być na niego otwarta, ale pamiętaj o byciu sobą, bo gdy zabraknie w tym prawdziwej ciebie, to spotkanie nie przyniesie owoców ani będą następować kolejne. 
- Ech, okej. Postaram się. - Odrzekłam trochę zestresowana.
- Mam nadzieję, bo Gideon to wspaniały chłopak, trochę nieokrzesany i arogancki, ale jest dla mnie jak syn i jeśli się przyjrzysz, to dostrzerzesz w nim miłego i czarującego młodzieńca, jakim jest w głębi duszy. 
- Wiem, jaki potrafi być pod tą swoją narcystyczną powłoką i takiego go lubię. 
- Lubisz czy czujesz coś więcej? 
- Właśnie próbuję się tego dowiedzieć. 
- W porządku. - Zakończyłyśmy ten temat. - Chodźmy do ciebie i pomożemy ci coś wybrać na dzisiejszy wieczór. 
- Dobra. - I tak uczyniłyśmy.
Zaprowadziłam Charlottę do swego pokoju i postawiłam otworem swą garderobę, która w dużej mierze posiadała stoje bojowe, a nie kreację na randkę i walkę w jednym. Ostatecznie szefowa odnalazła ładny komplet, który nadawał się na tego typu spotkanie towarzyskie, ale mój pokój wyglądal teraz jak pobojowisko. Można by było stwierdzić, że przechulało mi się tu ze stado demonów. Miałam na szczęście jeszcze ociupinkę czasu na to, aby mniej więcej posprzątać swoje śmietnisko. Kiedy zakończyłam porządki , zostało mi także trochę czasu, po to by przygotować się do wyjścia. 
Migiem uwinęłam się z braniem prysznica i zostało mi wbicie się w wybrany strój oraz stworzenie arcydzieła na mojej twarzy. 

Komentarze