Rozdział 1
Liv
Jak zwykle przed dwudziestą przechadzaliśmy się skąpanymi w zachodzącym słońcu ulicami Oslo, codziennie mijając po kilka tysięcy Przyziemnych oraz jeszcze więcej Podziemnych. Właśnie przechodziliśmy obok katedry, gdy Mikael zadał nam pytanie:
-Jak myślicie, co powinniśmy kupić mojemu tacie na urodziny?- Popatrzyłyśmy na siebie z Engel porozumiewawczym wzrokiem i rzekłyśmy chórem:
-Książkę!
-Ale on ma ich od groma. Na co mu ich jeszcze więcej?- Zaprotestował chłopak; Mikael jest wysokim i barczystym niebieskookim blondynem o bardzo łagodnym wyglądzie jak i charakterze.
-Oj, no daj spokój! Ucieszy się z książki.- Próbowała go przekonać moja parabatai; Engel jest średniego wzrostu blondynką o hipnotyzujących zielonych oczach oraz z lekko opaloną karnacją; ma wspaniałą figurę z krągłymi kształtami, które daremnie próbuje ukrywać, nie to co ja: płaska jak deska, skośnooka i niska...
-I niby jaką chcesz mu książkę kupić? ,,Jak dziergać sweterki?"- Zakpił Mikael, a na mych ustach zagościł lekki uśmiech; jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić szydełkującego Gabriela
-Przestań! Nie jest wcale taki stary! Przecież będzie miał dopiero czterdzieści jeden lat!- Oburzyła się Engel- Kupmy mu książkę o ptakach.- Zawyrokowała
-Ma już cztery.- Odparł chłopak
-No to o medycynie.
-Osiem sztuk.
-Atlas geograficzny?
-Czternaście.
-To czego on, na Anioła, nie ma?- Zapytała wściekła Engel
-Właśnie w tym problem, bo on ma wszystko, a poza tym książka jest u niego przereklamowana. Dostał ją rok temu... I dwa lata temu, trzy, cztery...- Zaczął wyliczać, a moja parabatai trzepnęła go w ramię
-Przymknij się wreszcie, gaduło jedna.- Zbeształa go, po czym zwróciła się do mnie- A ty, jak myślisz Liv, co powinniśmy mu kupić oprócz książki?
-Hmm...- Zamyśliłam się- Może kupmy mu model samochodu, którego jeszcze nie ma.- Oznajmiłam po długim zamyśleniu
-Model samochodu?- Zdziwili się oboje, aż przystanęli w miejscu
-Mhm.- Przytaknęłam, po czym ruszyłam w stronę najbliższego sklepu, a oni za mną
-Jesteś tego pewna?- Upewnił się Mikael
-A czy kiedykolwiek Liv nie była czegoś pewna, zanim to powiedziała?- Odparła Engel
-No w sumie.- Dał za wygraną i poszliśmy na szybkie zakupy.
Prócz modelu samochodu kupiliśmy jeszcze tort, świeczki, kartke urodzinową oraz kalendarz z psami.
Engel
Podczas powrotu do Instytutu niby nic takiego się nie działo. Wszystko pięknie, ładnie, zero afer tylko błoga cisza, ale aż za błoga. Całe miasto jakby milczało, a to sie nigdy nie zdarzało, bo Oslo jest jednym z tych miast, które dopiero o świcie cichnie, a teraz było daleko do świtu. Tak więc postanowiłam sie trochę rozejrzeć, bo na bank szykowało się coś grubego. I się nie myliłam.
Zza krzaków było można usłyszeć warczenie demona. Pierwszy raz takiego widziała. Nie miał połowy twarzy, a jej dużą część obejmowały zęby jak u rekina, a może nawet ostrzejsze. Jego oczy były niczym heban, czarne jak węgiel. Miał on też całe ciało w kolorze białym i budowę podobną częściowo do człowieka, z tym defektem, że posiadał więcej kończyn.
W chwili, gdy go zauważyłam i ostrzegłam resztę o kreaturze znajdującej się w krzakach, postanowiłam sie na nią trochę przyczaić i wybrać najlepszy moment ataku. Był on w trakcie pożywiania się niewinną ofiarą, którą był rowerzysta. Nie dostrzegł mej obecności, co bardzo ułatwiło mi resztę czynności. Obserwowałam go i starałam się dowiedzieć, gdzie jest jego czuły punkt, co nie było takie łatwe, jakby się zdawało. Bestia wyglądała na bardzo silną, więc od razu odpadała walka w pojedynkę, a więc pozostała mi tylko praca w grupie, czego nie cierpiałam, nawet jeśli u boku miałam moją parabatai.
Wyjęłam swoje miecze serafinckie, które miałam ukryte na plecach, a nim to uczyniłam, nałożyłam na siebie runę bezszelestności, aby ułatwić sobie sprawę zabicia demona. Moi przyjaciele zrobili dokładnie to samo co ja.
Musieliśmy wkroczyć szybko do akcji, bo z drogiego rowerzysty uchodziło życie, tak szybko, jak to robiła jego krew, która powoli spływała po trawie. Wiedziałam, że już mu nie zdołamy pomóc, bo zjawiliśmy się za późno, ale chociaż zmniejszymy ryzyko kolejnych ataków na Przyziemnych.
Migiem zmierzyliśmy się z potworem, który jak przypuszczałam, był silny, ale nie tak silny jak Wyższe Demony, czyli był do pokonania, ale tylko wtedy, jak się ktoś do walki przyłoży.
Z trudem walczyliśmy, chwilami nachodziły mnie wątpliwości czy damy radę, ale wtedy przypominałam sobie kim jestem. A jestem Nocnym Łowcą i moim obowiązkiem jest chronić tych, którzy tej ochrony potrzebują oraz zabijać nieproszonych gości.
Gdy pokonaliśmy stwora, poczułam ulgę, bo nie mógł dopaść już nikogo, poza tym biednym człowiekiem. Szczęście, że umarł zanim Pożeracz rozpruł jego ciało na drobne kawałki i zabrał wszystkie siły życiowe, bo trucizna demona zabiła go niemal bezboleśnie.
Po skończonej walce podszedł do mnie Mikael i zapytał:
- Wszystko w porządku? Nic sobie nie zrobiłaś? - Czasem denerwowało mnie to, że Mikael skacze nade mną, jak nad małym dzieckiem, ale z czasem sie co tego przyzwyczaiłam. Był dla mnie niczym brat, którego nie miałam, a Liv niczym siostra, którą nigdy nie zostałam obdarzona.
- Ze mną wszystko w porządku, a z tobą? - Zmartwiłam się, bo ukradkiem zobaczyłam małe zadrapanie na lewym przedramieniu. Nie miałam pewności, czy dotyk demona przypadkiem nie szkodzi mocno Nocnym Łowcom, więc od razu poprosiłam, abym mogła się bliżej temu przyjrzeć w Instytucie. Oczywiście się zgodził, ze mną zawsze się zgadzał, ale najpierw zaczął bagatelizować sprawę. - Może wdać się infekcja, albo coś gorszego. - Mówiłam mu wciąż w czasie drogi do tak zwanego Domu.
- Nic mi nie jest, nie przesadzaj. - Powtarzał wytrwale.
- Skoro nic ci nie jest to chociaż daj nałożyć Intraze dla pewności. - Poprosiłam z tymi oczkami, na które zawsze się nabierał.
- No, ok. - Wymiękł i dał nałożyć sobie leczniczą runę.
Gdy ją nałożyłam, powiedziałam:
- I po krzyku. Po co było ci sie ze mną spierać? - Zaśmiałam sie leciutko.
- Dobra, dobra, wracajmy do domu, zanim mój ojciec zacznie coś podejrzewać. - Powiedział mądrze.
- Okej. - Zgodziłam się na to wraz z Liv i ruszyliśmy czym prędzej do naszego Instytutu.
Liv
W środku Instytutu panowała namacalna cisza. Jedynym źródłem światła był stary kryształowy żyrandol zawieszony około sześć metrów nad naszymi głowami. Przeszliśmy po cichu do kuchni i zaczęliśmy przygotowywania do naszej małej imprezy. W naszym Instytucie znajdowały sie tylko cztery osoby, więc sami musieliśmy sobie gotować oraz sprzątać.
Jedno z nas, a ściślej rzecz biorąc Mikael został odesłany do Gabriela, aby zatrzymał swojego ojca w jego gabinecie jak najdłużej. Cóż, trudno ukryć, że to właśnie tata Mikaela jest szefem naszego Instytutu.
Razem z Engel próbowałyśmy zapakować niewielkich rozmiarów model samochodu z dwudziestego wieku oraz kalendarz na następny rok, pomimo iż teraz mieliśmy końcówkę czerwca...:
-Myślisz, że mu się spodoba?- Zadała mi pytanie moja parabatai- Och, przecież to oczywiste.
-Myślę...- Zaczęłam-... Myślę, że chyba tak.
-No to świetnie. Przyłóż tutaj palec.- Nakazała mi Engel, a ja przytrzymałam palcem miejsce związania wstążki, a ona zrobiła kokardkę- Pięknie!- Oceniła oddalając się od pakunku, a ja posłałam jej lekki uśmiech- Liv, możesz wsadzić w tort świeczki? Ja w tym czasie poszukam zapałek, ewentualnie zapalniczkę.
Zrobiłam to co mi nakazała. Z największą precyzją i dokładnością powtykałam w połyskujące czekoladową polewą ciasto równo czterdzieści jeden świeczek. Nie wiedząc co dalej z sobą zrobić zaczęłam myszkować po szafkach. Pomimo mojej patyczkowatej budowy ciała i niskiego wzrostu udało mi się dorwać najwyższą półkę z ciastkami, do której bez wchodzenia na blat mieli dostęp Gabriel oraz jego syn.
Już miałam schrupać jedno z ciastek, gdy do kuchni wkroczyła Engel z zapałkami:
-Gotowa?- Zapytała biorąc pakunek
-Mhm.- Przytaknęłam, po czym zeszłam z blatu, wzięłam do rąk tort i obie pomaszerowałyśmy po schodach na górę w stronę biura Gabriela.
Zanim znalazłyśmy się w biurze przystanęłyśmy na chwilę, aby zapalić świeczki na torcie.
Gdy w końcu weszłyśmy do środka, zastałyśmy tam zgodnie z naszymi oczekiwaniami szefa Instytutu oraz jego syna. Prawdopodobnie o czymś dyskutowali, lecz im przerwałyśmy.
Podeszłyśmy bliżej biurka i dając subtelny znak Mikaelowi zaczęliśmy śpiewać sto lat. Gabriel patrzył na nas jak na wariatów, lecz tylko przez krótką chwilę, bo zaraz się rozpromienił i serdecznie nam podziękował zdmuchując świeczki oraz ostrożnie biorąc w ręce prezent od nas, jakby była w nim bomba:
-Zobacz co jest w środku!- Nalegali Mikael i Engel, natomiast ja nadal stałam z tortem czekoladowym w rękach; Gabriel z ociąganiem odwijał wstążkę i przedzierał się przez papier ozdobny koloru niebieskiego:
-Hmmm...- Zamyślił się, gdy wreszcie ujrzał zawartość prezentu- Bardzo oryginalny pomysł.- Pochwalił nas- Od jakiegoś czasu przestałem je kolekcjonować. Miło, że pamiętaliście.- Powiedział oglądając model samochodu.- A cóż to?- Zapytał wyciągając niewielki kalendarz- To też... Dosyć pomysłowy prezent.- Odparł po kilku chwilach i odłożył swe prezenty na biurko, po czym zaczął nas po kolei ściskać. Postawiłam tort na biurko i uścisnęłam się z nim. Następnie zeszliśmy do kuchni i zjedliśmy cały tort w piętnaście minut. Po pełnym czekolady posiłku głos zabrał Gabriel:
-Bardzo wam dziękuję za to, że zorganizowaliście mi urodziny oraz za bezbłędną liczbę świeczek na torcie, chociaż mogłaś dać jedną albo dziesięć świeczek mniej, Liv.- Zwrócił się do mnie śmiejąc się- W każdym razie mam dla was bardzo ważne wieści do przekazania.- Zaczął- Rano przyszedł do mnie list z zachodniego Instytutu z informacją o zakłóceniu porozumień. Chciałbym się najpierw upewnić o prawdziwości tej informacji, więc czy nie mogłybyście wpaść do Helvete?- Zapytał mnie i Engel
-Jasne, że możemy!- Odparła bez wahania moja parabatai
-To świetnie. Możecie ruszać do niego z samego rana.- Oznajmił i już wstawał od stołu, gdy Engel zaprotestowała:
-Ale my możemy iść nawet teraz!
-Nie jest zbyt późno, by składać wizytę dla fearie?
-Nie wydaje mi się.- Oznajmiła Engel, po czym dodała- Dla pewności możemy zabrać ze sobą Mikaela, pomimo iż jesteśmy wyszkolonymi i pełnoletnimi Nocnymi Łowczyniami.
-Dla Mikaela wyznaczyłem pewne zadanie i on już wie jakie.- Popatrzył na syna porozumiewawczo, po czym kontynuował rozmowę- A co do was. Dobrze wiecie co myślę o późnym wychodzeniu, chyba że na patrol lub coś innego...
-Ale to jest coś innego!- Zaprotestowała Engel
-Daj mi dokończyć.- Poprosił łagodnie Gabriel- Dobrze rozumiem powagę sytuacji, więc udzielam wam zgody na tymczasowe opuszczenie Instytutu w celu zweryfikowania prawdziwości informacji, które jak już wiecie otrzymałem rano.- Powiedział oficjalnie, a my kiwnęłyśmy głowami i opuściłyśmy kuchnię. Każda udała się do swojego pokoju, aby zmienić ubranie oraz zaopatrzyć się w broń i świeże runy. Ubrałam sie w czarny top, krótkie czarne szorty z podartymi rajstopami, buty wojskowe, a moje uszy jak zwykle zdobiły kolczyki w kształcie twarzy pandy, a szyję naszyjnik ze srebrnym skrzydłem anioła, który był prezentem urodzinowym od Engel. Do tej całej stylizacji założyłam na plecy katanę, a stelę wcisnęłam w przednią kieszeń szortów.
Opuściłyśmy instytut pod osłoną run niewidzialności około dwudziestej drugiej. Ruch na ulicy nie był zbyt pokaźny, co jakiś czas obok nas śmigały auta. Helvete lub w skrócie Hel mieszkał na obrzeżach zachodniej części Oslo, więc razem z Engel wybrałyśmy podróż autobusem, na gapę oczywiście. W końcu byłyśmy niewidzialne, więc i tak by nas nie złapali...
Jak zwykle przed dwudziestą przechadzaliśmy się skąpanymi w zachodzącym słońcu ulicami Oslo, codziennie mijając po kilka tysięcy Przyziemnych oraz jeszcze więcej Podziemnych. Właśnie przechodziliśmy obok katedry, gdy Mikael zadał nam pytanie:
-Jak myślicie, co powinniśmy kupić mojemu tacie na urodziny?- Popatrzyłyśmy na siebie z Engel porozumiewawczym wzrokiem i rzekłyśmy chórem:
-Książkę!
-Ale on ma ich od groma. Na co mu ich jeszcze więcej?- Zaprotestował chłopak; Mikael jest wysokim i barczystym niebieskookim blondynem o bardzo łagodnym wyglądzie jak i charakterze.
-Oj, no daj spokój! Ucieszy się z książki.- Próbowała go przekonać moja parabatai; Engel jest średniego wzrostu blondynką o hipnotyzujących zielonych oczach oraz z lekko opaloną karnacją; ma wspaniałą figurę z krągłymi kształtami, które daremnie próbuje ukrywać, nie to co ja: płaska jak deska, skośnooka i niska...
-I niby jaką chcesz mu książkę kupić? ,,Jak dziergać sweterki?"- Zakpił Mikael, a na mych ustach zagościł lekki uśmiech; jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić szydełkującego Gabriela
-Przestań! Nie jest wcale taki stary! Przecież będzie miał dopiero czterdzieści jeden lat!- Oburzyła się Engel- Kupmy mu książkę o ptakach.- Zawyrokowała
-Ma już cztery.- Odparł chłopak
-No to o medycynie.
-Osiem sztuk.
-Atlas geograficzny?
-Czternaście.
-To czego on, na Anioła, nie ma?- Zapytała wściekła Engel
-Właśnie w tym problem, bo on ma wszystko, a poza tym książka jest u niego przereklamowana. Dostał ją rok temu... I dwa lata temu, trzy, cztery...- Zaczął wyliczać, a moja parabatai trzepnęła go w ramię
-Przymknij się wreszcie, gaduło jedna.- Zbeształa go, po czym zwróciła się do mnie- A ty, jak myślisz Liv, co powinniśmy mu kupić oprócz książki?
-Hmm...- Zamyśliłam się- Może kupmy mu model samochodu, którego jeszcze nie ma.- Oznajmiłam po długim zamyśleniu
-Model samochodu?- Zdziwili się oboje, aż przystanęli w miejscu
-Mhm.- Przytaknęłam, po czym ruszyłam w stronę najbliższego sklepu, a oni za mną
-Jesteś tego pewna?- Upewnił się Mikael
-A czy kiedykolwiek Liv nie była czegoś pewna, zanim to powiedziała?- Odparła Engel
-No w sumie.- Dał za wygraną i poszliśmy na szybkie zakupy.
Prócz modelu samochodu kupiliśmy jeszcze tort, świeczki, kartke urodzinową oraz kalendarz z psami.
Engel
Podczas powrotu do Instytutu niby nic takiego się nie działo. Wszystko pięknie, ładnie, zero afer tylko błoga cisza, ale aż za błoga. Całe miasto jakby milczało, a to sie nigdy nie zdarzało, bo Oslo jest jednym z tych miast, które dopiero o świcie cichnie, a teraz było daleko do świtu. Tak więc postanowiłam sie trochę rozejrzeć, bo na bank szykowało się coś grubego. I się nie myliłam.
Zza krzaków było można usłyszeć warczenie demona. Pierwszy raz takiego widziała. Nie miał połowy twarzy, a jej dużą część obejmowały zęby jak u rekina, a może nawet ostrzejsze. Jego oczy były niczym heban, czarne jak węgiel. Miał on też całe ciało w kolorze białym i budowę podobną częściowo do człowieka, z tym defektem, że posiadał więcej kończyn.
W chwili, gdy go zauważyłam i ostrzegłam resztę o kreaturze znajdującej się w krzakach, postanowiłam sie na nią trochę przyczaić i wybrać najlepszy moment ataku. Był on w trakcie pożywiania się niewinną ofiarą, którą był rowerzysta. Nie dostrzegł mej obecności, co bardzo ułatwiło mi resztę czynności. Obserwowałam go i starałam się dowiedzieć, gdzie jest jego czuły punkt, co nie było takie łatwe, jakby się zdawało. Bestia wyglądała na bardzo silną, więc od razu odpadała walka w pojedynkę, a więc pozostała mi tylko praca w grupie, czego nie cierpiałam, nawet jeśli u boku miałam moją parabatai.
Wyjęłam swoje miecze serafinckie, które miałam ukryte na plecach, a nim to uczyniłam, nałożyłam na siebie runę bezszelestności, aby ułatwić sobie sprawę zabicia demona. Moi przyjaciele zrobili dokładnie to samo co ja.
Musieliśmy wkroczyć szybko do akcji, bo z drogiego rowerzysty uchodziło życie, tak szybko, jak to robiła jego krew, która powoli spływała po trawie. Wiedziałam, że już mu nie zdołamy pomóc, bo zjawiliśmy się za późno, ale chociaż zmniejszymy ryzyko kolejnych ataków na Przyziemnych.
Migiem zmierzyliśmy się z potworem, który jak przypuszczałam, był silny, ale nie tak silny jak Wyższe Demony, czyli był do pokonania, ale tylko wtedy, jak się ktoś do walki przyłoży.
Z trudem walczyliśmy, chwilami nachodziły mnie wątpliwości czy damy radę, ale wtedy przypominałam sobie kim jestem. A jestem Nocnym Łowcą i moim obowiązkiem jest chronić tych, którzy tej ochrony potrzebują oraz zabijać nieproszonych gości.
Gdy pokonaliśmy stwora, poczułam ulgę, bo nie mógł dopaść już nikogo, poza tym biednym człowiekiem. Szczęście, że umarł zanim Pożeracz rozpruł jego ciało na drobne kawałki i zabrał wszystkie siły życiowe, bo trucizna demona zabiła go niemal bezboleśnie.
Po skończonej walce podszedł do mnie Mikael i zapytał:
- Wszystko w porządku? Nic sobie nie zrobiłaś? - Czasem denerwowało mnie to, że Mikael skacze nade mną, jak nad małym dzieckiem, ale z czasem sie co tego przyzwyczaiłam. Był dla mnie niczym brat, którego nie miałam, a Liv niczym siostra, którą nigdy nie zostałam obdarzona.
- Ze mną wszystko w porządku, a z tobą? - Zmartwiłam się, bo ukradkiem zobaczyłam małe zadrapanie na lewym przedramieniu. Nie miałam pewności, czy dotyk demona przypadkiem nie szkodzi mocno Nocnym Łowcom, więc od razu poprosiłam, abym mogła się bliżej temu przyjrzeć w Instytucie. Oczywiście się zgodził, ze mną zawsze się zgadzał, ale najpierw zaczął bagatelizować sprawę. - Może wdać się infekcja, albo coś gorszego. - Mówiłam mu wciąż w czasie drogi do tak zwanego Domu.
- Nic mi nie jest, nie przesadzaj. - Powtarzał wytrwale.
- Skoro nic ci nie jest to chociaż daj nałożyć Intraze dla pewności. - Poprosiłam z tymi oczkami, na które zawsze się nabierał.
- No, ok. - Wymiękł i dał nałożyć sobie leczniczą runę.
Gdy ją nałożyłam, powiedziałam:
- I po krzyku. Po co było ci sie ze mną spierać? - Zaśmiałam sie leciutko.
- Dobra, dobra, wracajmy do domu, zanim mój ojciec zacznie coś podejrzewać. - Powiedział mądrze.
- Okej. - Zgodziłam się na to wraz z Liv i ruszyliśmy czym prędzej do naszego Instytutu.
Liv
W środku Instytutu panowała namacalna cisza. Jedynym źródłem światła był stary kryształowy żyrandol zawieszony około sześć metrów nad naszymi głowami. Przeszliśmy po cichu do kuchni i zaczęliśmy przygotowywania do naszej małej imprezy. W naszym Instytucie znajdowały sie tylko cztery osoby, więc sami musieliśmy sobie gotować oraz sprzątać.
Jedno z nas, a ściślej rzecz biorąc Mikael został odesłany do Gabriela, aby zatrzymał swojego ojca w jego gabinecie jak najdłużej. Cóż, trudno ukryć, że to właśnie tata Mikaela jest szefem naszego Instytutu.
Razem z Engel próbowałyśmy zapakować niewielkich rozmiarów model samochodu z dwudziestego wieku oraz kalendarz na następny rok, pomimo iż teraz mieliśmy końcówkę czerwca...:
-Myślisz, że mu się spodoba?- Zadała mi pytanie moja parabatai- Och, przecież to oczywiste.
-Myślę...- Zaczęłam-... Myślę, że chyba tak.
-No to świetnie. Przyłóż tutaj palec.- Nakazała mi Engel, a ja przytrzymałam palcem miejsce związania wstążki, a ona zrobiła kokardkę- Pięknie!- Oceniła oddalając się od pakunku, a ja posłałam jej lekki uśmiech- Liv, możesz wsadzić w tort świeczki? Ja w tym czasie poszukam zapałek, ewentualnie zapalniczkę.
Zrobiłam to co mi nakazała. Z największą precyzją i dokładnością powtykałam w połyskujące czekoladową polewą ciasto równo czterdzieści jeden świeczek. Nie wiedząc co dalej z sobą zrobić zaczęłam myszkować po szafkach. Pomimo mojej patyczkowatej budowy ciała i niskiego wzrostu udało mi się dorwać najwyższą półkę z ciastkami, do której bez wchodzenia na blat mieli dostęp Gabriel oraz jego syn.
Już miałam schrupać jedno z ciastek, gdy do kuchni wkroczyła Engel z zapałkami:
-Gotowa?- Zapytała biorąc pakunek
-Mhm.- Przytaknęłam, po czym zeszłam z blatu, wzięłam do rąk tort i obie pomaszerowałyśmy po schodach na górę w stronę biura Gabriela.
Zanim znalazłyśmy się w biurze przystanęłyśmy na chwilę, aby zapalić świeczki na torcie.
Gdy w końcu weszłyśmy do środka, zastałyśmy tam zgodnie z naszymi oczekiwaniami szefa Instytutu oraz jego syna. Prawdopodobnie o czymś dyskutowali, lecz im przerwałyśmy.
Podeszłyśmy bliżej biurka i dając subtelny znak Mikaelowi zaczęliśmy śpiewać sto lat. Gabriel patrzył na nas jak na wariatów, lecz tylko przez krótką chwilę, bo zaraz się rozpromienił i serdecznie nam podziękował zdmuchując świeczki oraz ostrożnie biorąc w ręce prezent od nas, jakby była w nim bomba:
-Zobacz co jest w środku!- Nalegali Mikael i Engel, natomiast ja nadal stałam z tortem czekoladowym w rękach; Gabriel z ociąganiem odwijał wstążkę i przedzierał się przez papier ozdobny koloru niebieskiego:
-Hmmm...- Zamyślił się, gdy wreszcie ujrzał zawartość prezentu- Bardzo oryginalny pomysł.- Pochwalił nas- Od jakiegoś czasu przestałem je kolekcjonować. Miło, że pamiętaliście.- Powiedział oglądając model samochodu.- A cóż to?- Zapytał wyciągając niewielki kalendarz- To też... Dosyć pomysłowy prezent.- Odparł po kilku chwilach i odłożył swe prezenty na biurko, po czym zaczął nas po kolei ściskać. Postawiłam tort na biurko i uścisnęłam się z nim. Następnie zeszliśmy do kuchni i zjedliśmy cały tort w piętnaście minut. Po pełnym czekolady posiłku głos zabrał Gabriel:
-Bardzo wam dziękuję za to, że zorganizowaliście mi urodziny oraz za bezbłędną liczbę świeczek na torcie, chociaż mogłaś dać jedną albo dziesięć świeczek mniej, Liv.- Zwrócił się do mnie śmiejąc się- W każdym razie mam dla was bardzo ważne wieści do przekazania.- Zaczął- Rano przyszedł do mnie list z zachodniego Instytutu z informacją o zakłóceniu porozumień. Chciałbym się najpierw upewnić o prawdziwości tej informacji, więc czy nie mogłybyście wpaść do Helvete?- Zapytał mnie i Engel
-Jasne, że możemy!- Odparła bez wahania moja parabatai
-To świetnie. Możecie ruszać do niego z samego rana.- Oznajmił i już wstawał od stołu, gdy Engel zaprotestowała:
-Ale my możemy iść nawet teraz!
-Nie jest zbyt późno, by składać wizytę dla fearie?
-Nie wydaje mi się.- Oznajmiła Engel, po czym dodała- Dla pewności możemy zabrać ze sobą Mikaela, pomimo iż jesteśmy wyszkolonymi i pełnoletnimi Nocnymi Łowczyniami.
-Dla Mikaela wyznaczyłem pewne zadanie i on już wie jakie.- Popatrzył na syna porozumiewawczo, po czym kontynuował rozmowę- A co do was. Dobrze wiecie co myślę o późnym wychodzeniu, chyba że na patrol lub coś innego...
-Ale to jest coś innego!- Zaprotestowała Engel
-Daj mi dokończyć.- Poprosił łagodnie Gabriel- Dobrze rozumiem powagę sytuacji, więc udzielam wam zgody na tymczasowe opuszczenie Instytutu w celu zweryfikowania prawdziwości informacji, które jak już wiecie otrzymałem rano.- Powiedział oficjalnie, a my kiwnęłyśmy głowami i opuściłyśmy kuchnię. Każda udała się do swojego pokoju, aby zmienić ubranie oraz zaopatrzyć się w broń i świeże runy. Ubrałam sie w czarny top, krótkie czarne szorty z podartymi rajstopami, buty wojskowe, a moje uszy jak zwykle zdobiły kolczyki w kształcie twarzy pandy, a szyję naszyjnik ze srebrnym skrzydłem anioła, który był prezentem urodzinowym od Engel. Do tej całej stylizacji założyłam na plecy katanę, a stelę wcisnęłam w przednią kieszeń szortów.
Opuściłyśmy instytut pod osłoną run niewidzialności około dwudziestej drugiej. Ruch na ulicy nie był zbyt pokaźny, co jakiś czas obok nas śmigały auta. Helvete lub w skrócie Hel mieszkał na obrzeżach zachodniej części Oslo, więc razem z Engel wybrałyśmy podróż autobusem, na gapę oczywiście. W końcu byłyśmy niewidzialne, więc i tak by nas nie złapali...
Komentarze
Prześlij komentarz