Rozdział 2
Liv
Po czterdziestu minutach spędzonych w autobusie, maszerowałyśmy ulicą Skogbrynet, dopóki nie ujrzałyśmy małego, białego domku z czarnym dachem oraz garażem i samochodem na podjeździe. Ogólnie niczym się nie wyróżniał, dom jak każdy inny, lecz jego mieszkańcy, a właściwie mieszkaniec był kimś, kogo na ulicy postrzegano za światowej sławy modela.
Pewnym krokiem weszłyśmy na posesję i zapukałyśmy do drzwi. Nikt nie otworzył, więc jak najostrożniej weszłyśmy do środka. Było ciemno. Ja szłam przodem z gotową do ataku kataną w dłoniach, a Engel osłaniała moje tyły. Najpierw zajrzałyśmy do salonu, gdzie nikogo nie było, więc ruszyłyśmy korytarzem do sypialni. Nie pierwszy raz nim szłyśmy, wcześniej wiele razy byłyśmy u Helvete w domu, więc znałyśmy na pamięć rozkład tego niewielkiego budynku.
Właśnie postawiłam pierwszy krok w sypialni, gdy ktoś chwycił mnie w talii i przyciągnął do siebie całując w czoło:
-Witaj kwiatuszku.- Przywitał się Helvete, podczas gdy ja stałam osłupiała z kataną w dłoniach, a Engel właśnie zatrzymała cios swojego miecza, którym planowała zranić potencjalnego wroga lub intruza; Helvete jest wysokim, bladym i szczupłym fearie o dwudziestu czarnych długich dredach oraz kolczykiem pod ustami; zazwyczaj ubrany elegancko, lecz teraz miał na sobie czarną koszulkę, która upinała jego tors oraz szare dresy...
-Na Anioła, Hel!- Krzyknęła opuszczając miecz Engel- Masz pojęcie jak nas wystraszyłeś!
-Oj, no wybaczcie. Troche zalegam z rachunkami, więc wiecie.- Wytłumaczył tuląc się do mnie; chyba nie muszę dodawać, że wpadłam mu w oko...
-Musimy sprawdzić pewne informacje...- Zaczęłam powstrzymując śmiech, gdyż jeden z jego czarnych dredów łaskotał mnie po karku
-Informacje? Ja...- Chciał powiedzieć ,,nic nie wiem", lecz jego prawdomówność mu na to nie pozwoliła
-Hmm, no co?- Ponaglała Engel
-Noo... Powiem, ale za całusa od Liv.- Postawił nam warunek, a ja się zarumieniłam, po czym przezwyciężając nieśmiałość wspięłam się na palce i ucałowałam jego blady policzek.
-No, a teraz gadaj.- Nakazała moja parabatai, a jego pełen triumfu uśmiech zniknął
-Ech, całe Podziemie huczy od najnowszej informacji, którą jest... Eeeem... Nooo... Naruszenie porozumień przez... Tych, no, jak wy ich tam sobie nazywacie?- Nie za bardzo chciał nam powiedzieć
-Dziećmi Nocy?- Podsunęłam
-Mhm.- Przytaknął
-No i co tam u nich słychać?- Zaciekawiła się Engel
-Cóż... Co z tego, że może grozić mi śmierć, ale czego nie robi się dla Liv.- Mocniej mnie objął i zaczął mówić-Więc te wasze Dzieci Nocy piją krew niewinnych ofiar i nawet po sobie nie sprzątają...
-Nie o to nam chodzi!- Zaprotestowała Engel
-No dobra, już, dobra. Słychać wieści, że planują stworzyć armię, by wystąpić przeciwko Nocnym Łowcom...
-No nareszcie!- Doczekała się moja parabatai
-Dlaczego chcą wystąpić przeciwko nam?- Zapytałam
-No, bo widzisz Kwiatuszku, tu, w Podziemnym świecie nikt nie lubi Nefilim, oprócz mnie rzecz jasna. A tak się składa, że wampiry was najbardziej nie lubią, plus dodatkowo nieźle ich ograniczacie.- Wyjaśnił
-Mhm.- Mruknęłam, a Engel zadała mu kolejne pytanie
-Kiedy będą gotowi do ataku?
-Hmm... Trudno to określić. Na razie słychać tylko pogłoski.- Odparł fearie
-A od kiedy formują swoje oddziały?- Znów się odezwałam
-Od jakichś kilku miesięcy.
-I nie powiedziałeś nam?!- Oburzyła się Engel
-No, sorry, nie pytałyście!- Odrzekł urażony
-Ugh, jak ja cię nie cierpię.- Oznajmiła moja parabatai; a Helvete pokazał jej język
-Emm... Hel, możesz mnie już puścić? Wydaje mi się, że będziemy wychodziły...- Zaczęłam, lecz mi przerwał
-Co? Już wychodzicie? Proszę, usiądźcie, zaraz dam wam ciasteczka czy co wy tam jecie.- Wypuścił mnie ze swych objęć i ruszył biegiem do kuchni. Popatrzyłyśmy na siebie, ja i moja parabatai, i nawet nic nie mówiąc obie ruszyłyśmy do frontowych drzwi. Już chwytałam za klamkę, gdy rozległ się głos Helvetego:
-Siadajcie, mam ciasteczka!
-Dzięki za info, Hel!- Krzyknęła Engel i wyszłyśmy z domu zamykając za sobą drzwi. Gdy wychodziłyśmy na ulicę, fearie wybiegł na werandę i krzyknął:
-Mam nadzieję, że jeszcze do mnie wpadniesz, Liv!- Ale ja nie miałam ochoty wpadać do niego w najbliższym czasie.
Niestety, do instytutu musiałyśmy wracać pieszo, gdyż autobusy o tak późnych godzinach nie kursowały. Szłyśmy w ciszy, każda rozmyślając nad tym, czego się dowiedziała od fearie.
Niedaleko zaszłyśmy, gdy kątem oka dostrzegłam ruch w ciemnej uliczce. Nakazałam Engel poczekać na mnie i sama zdejmując katanę z pleców ruszyłam w ciemność.
Na końcu uliczki stał chłopak ubrany cały na czarno. Na nogach miał ciężkie glany, na plecach ramoneskę nabijaną ćwiekami, głowa zgolona na wojskowego oraz ręce, które w tej chwili były umazane krwią. Zacisnęłam mocno dłonie na mej katanie i ruszyłam na niego. Już miałam przebić jego plecy na wylot, gdy niespodziewanie zrobił unik i moja katana z brzękiem wbiła się w ścianę. Chłopak pobiegł drugą uliczką zostawiając swoją martwą ofiarę, która na szyi miała ślad kłów. Ruszając w pościg krzyknęłam do Engel:
-Tutaj leży martwy człowiek, zajmij się nim!
-Ale Liv! Gdzie ty biegniesz?- Zawołała za mną, lecz nie doczekała się odpowiedzi.
Biegłam ile tchu między uliczkami, ale po jakimś czasie straciłam go z oczu. Rozglądałam się na wszystkie strony, gdy usłyszałam brzęk metalu o metal dochodzący z góry. Wampir, którego ścigałam walczył z kimś na dachu budynku. Szybko zdążyłam załapać jak tam sie znalazł. Zewnętrzne schody... Ruszyłam nimi na górę, a gdy już tam byłam zbieg uciekał, a postać, która z nim walczyła ścigała go. Wnerwiłam się i zaczęłam za nimi biec, skacząc po płaskich dachach. Gdy w końcu wyrównałam bieg z wysoką sylwetką, która goniła mojego wampira, rozpoznałam w niej chłopaka z zachodniego Instytutu, za którym nie przepadałam. ,,Gave" przemknęło mi przez głowę. Chłopak jest bardzo, ale to bardzo wysokim szatynem o szarych oczach i dosyć postawnej budowie ciała. Zazwyczaj jest ubrany w standardowy strój nocnego łowcy: czarną skórzaną kurtkę i tego samego koloru spodnie, a na nogach ma wojskowe buty z cholewami. Jedynym elementem jego ubioru, który nie jest czarny jest granatowy podkoszulek. Znaliśmy się odkąd miałam jedenaście lat, wtedy jako dwunastoletni chłopiec zawitał do połączonego wtedy Instytutu. Niestety albo stety znaliśmy się tylko rok, bo wtedy Instytut podzielił się na Wschodni i Zachodni. Zapamiętałam go jako chłopca, który niechętnie spędzał czas z innymi oraz, który woli samotność. Pamiętam również, że często z naszych pokoi znikały drobne rzeczy lub często widziałam go z ciastkiem w buzi, które ukradł z kuchni. Wtedy byłam również kimś na kim mógł się wyzywać do woli (o ile nikt tego nie widział). Często spotykałam się z przezwiskiem typu ,,Chinka" lub innymi uwagami, przez które płakałam po nocach. Jak się okazało szybko zaczął palić papierosy. Skąd je miał? Nie wiem do dziś i prawdopodobnie się nie dowiem. Tak czy inaczej nikt za nim nie przepadał...
W każdym razie powoli dachy się kończyły, co oznaczało, że albo go teraz złapię albo mi ucieknie. Schowałam katanę do pochwy, którą miałam na plecach i przyspieszyłam. Byłam już tak blisko, gdy nagle straciłam grunt pod nogami. Moimi ostatnimi myślami było: ,,O Aniele, już po mnie!", lecz poczułam czyjąś silną i dużą dłoń zaciskającą się na moim nadgarstku. Zawyłam z bólu, gdy już wisiałam na wysokości około pięciu pięter. Z góry dobiegł mnie jego głos:
-I czego było się tak rozpędzać? I tak byś go nie złapał z tymi twoimi mieczykiem na plecach.- Rzekł chłopak powoli wciągając mnie na górę
-Och, przymknij się!- Warknęłam i chwyciłam jego dłoń, a on wciągnął mnie na dach
-Może byś chociaż podziękowała?- Zaproponował opryskliwie Gave; jest to chłopak, jak już wspominałam, z drugiego Instytutu, jest cholernie wysoki i wredny.
-Hmm...- Złożyłam ręce na piersi jak mała dziewczynka i z wielką niechęcią powiedziałam- Dziękuję.
-Sukienka cała? Nie porwała się? Makijaż w porządku? Chodaków nie zgubiłaś?- Zakpił sobie ze mnie
-Wal się!
-Następnym razem nie będę cię łapał, żebyś to sobie zapamiętała, Chinko.- Rzucił mi odchodząc; jednak pewne rzeczy się nigdy nie zmieniają...
-Tylko zauważ, że następnego razu nie będzie!- Krzyknęłam do niego- I nie jestem żadną Chinką, tylko pół Japonką!
-A co za różnica.- Prychnął i zaczął schodzić po schodach
-A taka, że ogromna.- Warknęłam schodząc za nim
-Ach, tak?- Obrócił sie w moją stronę i spojrzał mi w oczy; stałam od niego trzy stopnie wyżej i byłam z nim na równi wzrostem
-Ach, tak!- Odparłam i wyminęłam go; dalej schodziliśmy w ciszy.
Znalazłam Engel w miejscu, gdzie leżał trup. Razem w dalszym ciągu wracałyśmy do swojego Instytutu, tylko z taką różnicą, że opowiedziałam jej co się zadziało na dachu wliczając w to moje przemyślenie odnośnie irytującej i rasistowskiej osoby Gave'a:
-Co za cham i bezczel!- Skomentowała go Engel- Dobrze, że przynajmniej cię złapał.
-Już bym wolała spać na ulicę, niż żeby stało się tak drugi raz!- Oznajmiłam zbulwersowana; tylko gdy byłam wściekła i poirytowana gadałam jak najęta.
Kiedy wreszcie przekroczyłyśmy próg Instytutu nakazałam Engel przekazać informacje zdobyte u Helvetego dla Gabriela i poszłam się wykąpać. Byłam strasznie zmęczona dzisiejszym dniem...
Po czterdziestu minutach spędzonych w autobusie, maszerowałyśmy ulicą Skogbrynet, dopóki nie ujrzałyśmy małego, białego domku z czarnym dachem oraz garażem i samochodem na podjeździe. Ogólnie niczym się nie wyróżniał, dom jak każdy inny, lecz jego mieszkańcy, a właściwie mieszkaniec był kimś, kogo na ulicy postrzegano za światowej sławy modela.
Pewnym krokiem weszłyśmy na posesję i zapukałyśmy do drzwi. Nikt nie otworzył, więc jak najostrożniej weszłyśmy do środka. Było ciemno. Ja szłam przodem z gotową do ataku kataną w dłoniach, a Engel osłaniała moje tyły. Najpierw zajrzałyśmy do salonu, gdzie nikogo nie było, więc ruszyłyśmy korytarzem do sypialni. Nie pierwszy raz nim szłyśmy, wcześniej wiele razy byłyśmy u Helvete w domu, więc znałyśmy na pamięć rozkład tego niewielkiego budynku.
Właśnie postawiłam pierwszy krok w sypialni, gdy ktoś chwycił mnie w talii i przyciągnął do siebie całując w czoło:
-Witaj kwiatuszku.- Przywitał się Helvete, podczas gdy ja stałam osłupiała z kataną w dłoniach, a Engel właśnie zatrzymała cios swojego miecza, którym planowała zranić potencjalnego wroga lub intruza; Helvete jest wysokim, bladym i szczupłym fearie o dwudziestu czarnych długich dredach oraz kolczykiem pod ustami; zazwyczaj ubrany elegancko, lecz teraz miał na sobie czarną koszulkę, która upinała jego tors oraz szare dresy...
-Na Anioła, Hel!- Krzyknęła opuszczając miecz Engel- Masz pojęcie jak nas wystraszyłeś!
-Oj, no wybaczcie. Troche zalegam z rachunkami, więc wiecie.- Wytłumaczył tuląc się do mnie; chyba nie muszę dodawać, że wpadłam mu w oko...
-Musimy sprawdzić pewne informacje...- Zaczęłam powstrzymując śmiech, gdyż jeden z jego czarnych dredów łaskotał mnie po karku
-Informacje? Ja...- Chciał powiedzieć ,,nic nie wiem", lecz jego prawdomówność mu na to nie pozwoliła
-Hmm, no co?- Ponaglała Engel
-Noo... Powiem, ale za całusa od Liv.- Postawił nam warunek, a ja się zarumieniłam, po czym przezwyciężając nieśmiałość wspięłam się na palce i ucałowałam jego blady policzek.
-No, a teraz gadaj.- Nakazała moja parabatai, a jego pełen triumfu uśmiech zniknął
-Ech, całe Podziemie huczy od najnowszej informacji, którą jest... Eeeem... Nooo... Naruszenie porozumień przez... Tych, no, jak wy ich tam sobie nazywacie?- Nie za bardzo chciał nam powiedzieć
-Dziećmi Nocy?- Podsunęłam
-Mhm.- Przytaknął
-No i co tam u nich słychać?- Zaciekawiła się Engel
-Cóż... Co z tego, że może grozić mi śmierć, ale czego nie robi się dla Liv.- Mocniej mnie objął i zaczął mówić-Więc te wasze Dzieci Nocy piją krew niewinnych ofiar i nawet po sobie nie sprzątają...
-Nie o to nam chodzi!- Zaprotestowała Engel
-No dobra, już, dobra. Słychać wieści, że planują stworzyć armię, by wystąpić przeciwko Nocnym Łowcom...
-No nareszcie!- Doczekała się moja parabatai
-Dlaczego chcą wystąpić przeciwko nam?- Zapytałam
-No, bo widzisz Kwiatuszku, tu, w Podziemnym świecie nikt nie lubi Nefilim, oprócz mnie rzecz jasna. A tak się składa, że wampiry was najbardziej nie lubią, plus dodatkowo nieźle ich ograniczacie.- Wyjaśnił
-Mhm.- Mruknęłam, a Engel zadała mu kolejne pytanie
-Kiedy będą gotowi do ataku?
-Hmm... Trudno to określić. Na razie słychać tylko pogłoski.- Odparł fearie
-A od kiedy formują swoje oddziały?- Znów się odezwałam
-Od jakichś kilku miesięcy.
-I nie powiedziałeś nam?!- Oburzyła się Engel
-No, sorry, nie pytałyście!- Odrzekł urażony
-Ugh, jak ja cię nie cierpię.- Oznajmiła moja parabatai; a Helvete pokazał jej język
-Emm... Hel, możesz mnie już puścić? Wydaje mi się, że będziemy wychodziły...- Zaczęłam, lecz mi przerwał
-Co? Już wychodzicie? Proszę, usiądźcie, zaraz dam wam ciasteczka czy co wy tam jecie.- Wypuścił mnie ze swych objęć i ruszył biegiem do kuchni. Popatrzyłyśmy na siebie, ja i moja parabatai, i nawet nic nie mówiąc obie ruszyłyśmy do frontowych drzwi. Już chwytałam za klamkę, gdy rozległ się głos Helvetego:
-Siadajcie, mam ciasteczka!
-Dzięki za info, Hel!- Krzyknęła Engel i wyszłyśmy z domu zamykając za sobą drzwi. Gdy wychodziłyśmy na ulicę, fearie wybiegł na werandę i krzyknął:
-Mam nadzieję, że jeszcze do mnie wpadniesz, Liv!- Ale ja nie miałam ochoty wpadać do niego w najbliższym czasie.
Niestety, do instytutu musiałyśmy wracać pieszo, gdyż autobusy o tak późnych godzinach nie kursowały. Szłyśmy w ciszy, każda rozmyślając nad tym, czego się dowiedziała od fearie.
Niedaleko zaszłyśmy, gdy kątem oka dostrzegłam ruch w ciemnej uliczce. Nakazałam Engel poczekać na mnie i sama zdejmując katanę z pleców ruszyłam w ciemność.
Na końcu uliczki stał chłopak ubrany cały na czarno. Na nogach miał ciężkie glany, na plecach ramoneskę nabijaną ćwiekami, głowa zgolona na wojskowego oraz ręce, które w tej chwili były umazane krwią. Zacisnęłam mocno dłonie na mej katanie i ruszyłam na niego. Już miałam przebić jego plecy na wylot, gdy niespodziewanie zrobił unik i moja katana z brzękiem wbiła się w ścianę. Chłopak pobiegł drugą uliczką zostawiając swoją martwą ofiarę, która na szyi miała ślad kłów. Ruszając w pościg krzyknęłam do Engel:
-Tutaj leży martwy człowiek, zajmij się nim!
-Ale Liv! Gdzie ty biegniesz?- Zawołała za mną, lecz nie doczekała się odpowiedzi.
Biegłam ile tchu między uliczkami, ale po jakimś czasie straciłam go z oczu. Rozglądałam się na wszystkie strony, gdy usłyszałam brzęk metalu o metal dochodzący z góry. Wampir, którego ścigałam walczył z kimś na dachu budynku. Szybko zdążyłam załapać jak tam sie znalazł. Zewnętrzne schody... Ruszyłam nimi na górę, a gdy już tam byłam zbieg uciekał, a postać, która z nim walczyła ścigała go. Wnerwiłam się i zaczęłam za nimi biec, skacząc po płaskich dachach. Gdy w końcu wyrównałam bieg z wysoką sylwetką, która goniła mojego wampira, rozpoznałam w niej chłopaka z zachodniego Instytutu, za którym nie przepadałam. ,,Gave" przemknęło mi przez głowę. Chłopak jest bardzo, ale to bardzo wysokim szatynem o szarych oczach i dosyć postawnej budowie ciała. Zazwyczaj jest ubrany w standardowy strój nocnego łowcy: czarną skórzaną kurtkę i tego samego koloru spodnie, a na nogach ma wojskowe buty z cholewami. Jedynym elementem jego ubioru, który nie jest czarny jest granatowy podkoszulek. Znaliśmy się odkąd miałam jedenaście lat, wtedy jako dwunastoletni chłopiec zawitał do połączonego wtedy Instytutu. Niestety albo stety znaliśmy się tylko rok, bo wtedy Instytut podzielił się na Wschodni i Zachodni. Zapamiętałam go jako chłopca, który niechętnie spędzał czas z innymi oraz, który woli samotność. Pamiętam również, że często z naszych pokoi znikały drobne rzeczy lub często widziałam go z ciastkiem w buzi, które ukradł z kuchni. Wtedy byłam również kimś na kim mógł się wyzywać do woli (o ile nikt tego nie widział). Często spotykałam się z przezwiskiem typu ,,Chinka" lub innymi uwagami, przez które płakałam po nocach. Jak się okazało szybko zaczął palić papierosy. Skąd je miał? Nie wiem do dziś i prawdopodobnie się nie dowiem. Tak czy inaczej nikt za nim nie przepadał...
W każdym razie powoli dachy się kończyły, co oznaczało, że albo go teraz złapię albo mi ucieknie. Schowałam katanę do pochwy, którą miałam na plecach i przyspieszyłam. Byłam już tak blisko, gdy nagle straciłam grunt pod nogami. Moimi ostatnimi myślami było: ,,O Aniele, już po mnie!", lecz poczułam czyjąś silną i dużą dłoń zaciskającą się na moim nadgarstku. Zawyłam z bólu, gdy już wisiałam na wysokości około pięciu pięter. Z góry dobiegł mnie jego głos:
-I czego było się tak rozpędzać? I tak byś go nie złapał z tymi twoimi mieczykiem na plecach.- Rzekł chłopak powoli wciągając mnie na górę
-Och, przymknij się!- Warknęłam i chwyciłam jego dłoń, a on wciągnął mnie na dach
-Może byś chociaż podziękowała?- Zaproponował opryskliwie Gave; jest to chłopak, jak już wspominałam, z drugiego Instytutu, jest cholernie wysoki i wredny.
-Hmm...- Złożyłam ręce na piersi jak mała dziewczynka i z wielką niechęcią powiedziałam- Dziękuję.
-Sukienka cała? Nie porwała się? Makijaż w porządku? Chodaków nie zgubiłaś?- Zakpił sobie ze mnie
-Wal się!
-Następnym razem nie będę cię łapał, żebyś to sobie zapamiętała, Chinko.- Rzucił mi odchodząc; jednak pewne rzeczy się nigdy nie zmieniają...
-Tylko zauważ, że następnego razu nie będzie!- Krzyknęłam do niego- I nie jestem żadną Chinką, tylko pół Japonką!
-A co za różnica.- Prychnął i zaczął schodzić po schodach
-A taka, że ogromna.- Warknęłam schodząc za nim
-Ach, tak?- Obrócił sie w moją stronę i spojrzał mi w oczy; stałam od niego trzy stopnie wyżej i byłam z nim na równi wzrostem
-Ach, tak!- Odparłam i wyminęłam go; dalej schodziliśmy w ciszy.
Znalazłam Engel w miejscu, gdzie leżał trup. Razem w dalszym ciągu wracałyśmy do swojego Instytutu, tylko z taką różnicą, że opowiedziałam jej co się zadziało na dachu wliczając w to moje przemyślenie odnośnie irytującej i rasistowskiej osoby Gave'a:
-Co za cham i bezczel!- Skomentowała go Engel- Dobrze, że przynajmniej cię złapał.
-Już bym wolała spać na ulicę, niż żeby stało się tak drugi raz!- Oznajmiłam zbulwersowana; tylko gdy byłam wściekła i poirytowana gadałam jak najęta.
Kiedy wreszcie przekroczyłyśmy próg Instytutu nakazałam Engel przekazać informacje zdobyte u Helvetego dla Gabriela i poszłam się wykąpać. Byłam strasznie zmęczona dzisiejszym dniem...
Engel
Po spotkaniu z Hel'em, który był zakochany jak szczeniak w Liv, nie miałam ochoty na nic, co by nie dotyczyło ani mojego łóżka ani gorącego prysznica. Mimo że ten dzień nie był jakoś specjalnie męczący to i tak nie chciało mi się robić niczego, co by wymagało większego wysiłku fizycznego. Czułam, że moje nogi odpadają od reszty ciała, a ręce drętwieją mi jak nigdy.
Nie miałam pojęcia co sie ze mną dzieje, ale wiedziałam już, że to nic dobrego. Musiałam jak najszybciej udać się do Gabriela, ale nie miałam siły na nic. Nawet na doczołganie się do pokoju Liv, ażeby poprosić, by mi pomogła. Tak wiec musiałam resztkami sił wygrzebać telefon z kieszeni i zadzwonić do mej parabatai.
Wpierw usłyszałam kilka sygnałów, ale później odezwał się głos po drugiej stronie słuchawki.
- Halo? - Powiedziała Liv.
- Pomóż mi... - Zdołałam tylko tyle powiedzieć, bo potem straciłam przytomność.
Gdy się obudziałam, nad sobą zauważyłam zmartwioną twarz Mikaela i Liv przestraszoną jak nigdy.
- Jak się czujesz. - Usłyszałam głos osoby nienależącej do żadnej z tej dwójki. Był to Gabriel.
- Wszystko mnie boli. nie mam siły na nic. - Mówię z trudem.
- Nie dziwię ci się. Do twojej krwi dostał się jad demona, który wysysa wszystkie siły życiowe z ofiary. - Zrobił wykład nasz opiekun.
- Ale przecież nawet mnie nie dotknął.
-Dotknął. Miałaś głęboką ranę na plecach. Nie czułaś jej, dlatego że w jadzie demona znaleźliśmy środki znieczulające, więc niemożliwe było ażebyś ją czuła.
- Ale już wszystko w porządku? - Zapytała się Liv zaciekawiona.
- Tak, jutro będzie jak nowo narodzona. - Odpowiedział Gabriel.
- Ufff.
-A teraz idźcie wszyscy spać, bo jutro czeka nas długi i męczący dzień. - odrzekł, a potem znikł nie wiadomo jak i nie wiadomo dokładnie kiedy.
Nie miałam pojęcia co sie ze mną dzieje, ale wiedziałam już, że to nic dobrego. Musiałam jak najszybciej udać się do Gabriela, ale nie miałam siły na nic. Nawet na doczołganie się do pokoju Liv, ażeby poprosić, by mi pomogła. Tak wiec musiałam resztkami sił wygrzebać telefon z kieszeni i zadzwonić do mej parabatai.
Wpierw usłyszałam kilka sygnałów, ale później odezwał się głos po drugiej stronie słuchawki.
- Halo? - Powiedziała Liv.
- Pomóż mi... - Zdołałam tylko tyle powiedzieć, bo potem straciłam przytomność.
Gdy się obudziałam, nad sobą zauważyłam zmartwioną twarz Mikaela i Liv przestraszoną jak nigdy.
- Jak się czujesz. - Usłyszałam głos osoby nienależącej do żadnej z tej dwójki. Był to Gabriel.
- Wszystko mnie boli. nie mam siły na nic. - Mówię z trudem.
- Nie dziwię ci się. Do twojej krwi dostał się jad demona, który wysysa wszystkie siły życiowe z ofiary. - Zrobił wykład nasz opiekun.
- Ale przecież nawet mnie nie dotknął.
-Dotknął. Miałaś głęboką ranę na plecach. Nie czułaś jej, dlatego że w jadzie demona znaleźliśmy środki znieczulające, więc niemożliwe było ażebyś ją czuła.
- Ale już wszystko w porządku? - Zapytała się Liv zaciekawiona.
- Tak, jutro będzie jak nowo narodzona. - Odpowiedział Gabriel.
- Ufff.
-A teraz idźcie wszyscy spać, bo jutro czeka nas długi i męczący dzień. - odrzekł, a potem znikł nie wiadomo jak i nie wiadomo dokładnie kiedy.
Komentarze
Prześlij komentarz