Rozdział 5

Liv
Do Instytutu wróciliśmy jako pierwsi i od progu powitała nas surowa Charlotte:
-Co tak wcześnie?! Wystraszyliście się demonów?!- Zapytała drwiącym głosem, lecz nie usłyszała odpowiedzi, więc dała nam spokój.
Zaprowadziłam Gave'a do swojego pokoju i kazałam usiąść na moim łóżku. Posłusznie wykonał me polecenie, a ja w tym czasie poszukałam apteczki w komodzie. Oczywiście leżała na swoim miejscu nietknięta. Wyjęłam ją z jej kryjówki i otworzyłam, aby sprawdzić jej zawartość. W środku był sporej długości bandaż, woda utleniona, spirytus, od groma plastrów, woda święcona, termometr i różnego rodzaju maście. Powoli wyłożyłam wszystko co było potrzebne na łóżko obok chłopaka i nakazałam mu rozebrać się od pasa w górę. Chyba nie muszę dodawać, że strasznie protestował, lecz dał za wygraną i się rozebrał, a ja w tym czasie stałam odwrócona do niego plecami:
-Już.- Oznajmił, gdy skończył zdejmować podkoszulek; obejrzałam się i zauważyłam, że Gave siedział z pochyloną do przodu głową, tak że jego kruczoczarne włosy opadały mu na oczy; na całym ciele miał siniaki: na swoich szerokich barkach, brzuchu, rozległej klatce piersiowej, plecach...
-Nie spodziewałam się, że fearie potrafi zadać aż tak silne ciosy.- Powiedziałam jakby do siebie lekko się przy tym krzywiąc, lecz on mi odpowiedział
-To teraz widzisz jakie z nich dzikusy.- Mruknął lekko się uśmiechając i podnosząc głowę; wydawał sie pewny siebie i triumfujący
-Podnieś ręce.- Nakazałam i posłusznie wykonał moje polecenie ukazując przy tym napięte do granic możliwości mięśnie brzucha, które niczym magnez przyciągały mój wzrok; oczywiście oprócz mięśni posiadał jeszcze wyblakłe blizny po runach. Nagle zauważył, że się na niego gapię:
-Jak chcesz możesz dotknąć, nie krępuj się.- Zachęcał z delikatnym szelmowskim uśmiechem
-Dziękuję, może innym razem.- Podziękowałam cała czerwona na twarzy- Masz, posmaruj się tam, gdzie cię boli.- Podałam mu jedną maść, lecz zaraz zrezygnowałam z tego, gdyż jego ręka nadal krwawiła- Fuck.- Zaklęłam, po czym odłożyłam maść na bok i podałam mu ręcznik i miskę z wodą, aby obmył swoją dłoń
-Dzięki.- Powiedział i zaczął maczać swą ranną część ciała w misce, a woda zabarwiła się na piękną czerwień. Gdy już skończył, wzięłam jego ogromną dłoń w swoje dwie drobne i zaczęłam polewać ranę wodą utlenioną. Nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, lecz jego prawa- zdrowa dłoń go zdradziła swoim drżeniem
-Przepraszam.- Mruknęłam owijając jego dłoń bandażem
-Za co?- Zapytał zdziwiony
-Za to, że wtedy wyciągnęłam katanę i się przez to skaleczyłeś. Za to, że dopiero teraz zajmuję się twoją ręką, chociaż powinnam była to zrobić w pierwszej kolejności. Jestem okropna. Przepraszam, że akurat ja ci się przytrafiłam...- Zaczęłam lamentować, a on zdrową dłonią zakrył moje usta; przeraził mnie jej rozmiar, gdyż zakrywała mi pół twarzy
-Ucisz się. Za dużo gadasz.- Nakazał, a ja w bezruchu wpatrywałam się w jego... łagodną(?) twarz i oczy koloru bezkresnej szarości- To ja byłem przez te wszystkie lata utrapieniem dla ciebie. Ty tylko cierpliwie znosiłaś to wszystko. Wracając do dzisiejszego dnia, to akurat moja wina, że się skaleczyłem. I to nic, że zaczęłaś opatrywać moje rany po bójce jako pierwsze. Nie mam ci tego za złe. To po prostu dowodzi temu, że faktycznie to ty jesteś moją niańką...- Przyznał mi rację, a ja poczułam błogi triumf- Tylko nie myśl sobie, że to oznacza, że będę się ciebie słuchał.- Uprzedził mnie, a ja pokiwałam energicznie głową; w końcu zdjął swoją dłoń z mych ust i przemówiłam
-Ręka już opatrzona, teraz reszta.- Oznajmiłam, a on zaczął się podejrzanie uśmiechać
-Będziesz musiała mnie wysmarować.- Posłał mi głupkowaty uśmieszek zboczeńca
-Jeszcze co!- Moja nieśmiałość umierała ze strachu i wstydu przed wizją dotykania jego brzucha i innych części ciała...
-Mhm. Maść w dłoń i jedziesz.- Ponaglał, a ja miałam lekkie opory
-Poczekaj tu chwilę na mnie, sprawdzę czy Gideon albo bliźniacy nie wrócili...- Już chciałam wyjść, gdy chwycił mnie za rękę i pociągnął w swoją stronę tak, że upadłam na jego kolana, a plecami przywarłam do jego szerokiej klatki piersiowej. Byłam oniemiała i nie mogłam wykonać żadnego ruchu, już nie wspominając o Gave'ie, który również był tym zaskoczony. Chyba miał zamiar posadzić mnie obok siebie, lecz wyszło jak wyszło. Będąc tak blisko niego mogłam wyczuć delikatny zapach papierosów. Moja twarz przybrała prawie burgundowy kolor. Dłonie zacisnęłam w pięści. Siedziałam w bezruchu czując na swoim karku jego oddech oraz ciepło jego nagiego ciała, które docierało do mych pleców przebijając się przez powłokę czarnego topu, który miałam na sobie.
W końcu się ogarnęłam i szybkim ruchem wstałam z jego kolan i ruszyłam do wyjścia bliska omdlenia. Przez przypadek zahaczyłam moim prawym ramieniem o framugę drzwi i wydałam z siebie przeciągły jęk. Gave prawie natychmiast znalazł się przy mnie i zaprowadził na swoje byłe miejsce, po czym zaczął opatrywać moje ramię. Siedziałam z nisko opuszczoną głową i pożerającym mnie wstydem. W końcu, gdy cisza stała się zbyt niezręczna, Gave przemówił:
-Ja...- Zaczął smarując moje obolałe ramię swoją dużą prawą dłonią; szło mu to dosyć niezgrabnie-... No wiesz... Nie zamierzałem tego...- Wydukał
-N-Nic nie szkodzi.- Odparłam równie zażenowana jak on- Au.- Jęknęłam, gdy obwiązywał moje ramię bandażem
-Wybacz...
-Teraz chyba moja kolej na opatrywanie ciebie, co?.- Odparłam z nutą niepewności w głosie
-Na to wygląda.- Stwierdził, a poważna atmosfera lekko się rozwiała- Moja oferta z dotykaniem mojej klatki piersiowej nadal aktualna- Przypomniał, a na me usta wypełzł słaby uśmiech. Wzięłam do ręki maść, którą przed chwilą smarował moje ramię i zabrałam się do czegoś, co po chwili wywołało u mnie dreszcz podekscytowania. Powoli nacierałam jego obolałe mięśnie poczynając od szyi w dół. Delikatnie rozsmarowywałam lek na jego torsie. Przez chwilę zatrzymałam swoją dłoń na lewej stronie jego klatki piersiowej. Poczułam lekkie, aczkolwiek szybkie bicie serca. Zarumieniłam się jeszcze bardziej i wolałam nie patrzeć na jego twarz, która mogła wyrażać zadowolenie jak i strach przed czymś nowym, obcym...
W każdym razie gdy skończyłam nacierać jego przód, zabrałam się za plecy, Przy okazji mogłam podziwiać jego tatuaże, które szły od karku aż do pasa. Największym moim zaskoczeniem były dwie duże blizny na plecach i to nie były pamiątki po runach. Blizny były umiejscowione na łopatkach, symetrycznie. Można by pomyśleć, że Gave jest aniołem, któremu brutalnie wyrwano skrzydła... Z mych przemyśleń wyrwał mnie jego głos:
-Smarujesz czy myślisz, które kimono jutro założysz?- Zapytał kpiącym i niecierpliwym głosem
-No już, spokojnie. Skąd masz te blizny?- Zapytałam, chociaż moja świadomość krzyczała, że to błąd
-Nie powinno cię to interesować.- Mruknął ponurym głosem
-Ale mnie interesuje.- Upierałam się
-Dawaj tą maść, sam się wysmaruje.- Wyrwał mi z rąk maść i zaczął smarować nią swoje plecy, a ja siedziałam oniemiała. Do pewnego odcinka jego ręka nie mogła sięgnąć, więc odebrałam mu moją własność i zaczęłam go nacierać. Siedział nadąsany i ponury. Nic więcej nie powiedział. Nawet dziękuję, gdy skończyłam go smarować i owijać jego obolałe ciało bandażem. Po prostu wyszedł bez słowa i trzasnął drzwiami. ,,Nie powinnam była zadawać mu tego pytania"skarciłam się w myślach i wyszłam na korytarz, zostawiając bałagan na łóżku...


Engel
Gdy powróciliśmy do instytutu, natknęłam się na Mikaela, który był lekko ubrudzony jakąś mazią i miał lekkie zadrapania na rękach i twarzy. Widocznie nie zdążył zrobić sobie Irtraze, ale dzięki temu nie mógł już powiedzieć, że nic im sie nie przydarzyło i że jest cały.
- Mikael! - Wrzasnęłam, gdy zauważyłam go na horyzoncie, ale nie odpowiedział i podążył od razu do swego pokoju. Poszłam więc za nim.
Znałam instytut jak własną kieszeń, spędziłam w nim niemal całe swoje życie i wiążę z nim wiele wspaniałych jak i bolesnych wspomnień. W wielu z nich, główne role przypadły moim przyjaciołom, których kocham nad własne życie i jestem gotowa za nich umrzeć, bronić własną piersią i być przy nich, gdy jestem potrzebna.  
Zapukałam do drzwi Mikaela. Odezwał się głos należący do niego.
- Proszę, En. - I weszłam.
- Ile razy ci mówiłam, żebyś tak do mnie nie mówił? - Powiedziałam do chłopaka i lekko się uśmiechnęłam.
- Tyle samo razy co ja ci mówiłem, żebyś się o mnie martwiła. - Odparł i sam się uśmiechnął.
- Racja. - Oboje zaczęliśmy sie śmiać.
Mikael wziął do swojej zdrowej ręki stelę, a raczej próbował ją chwycić, ale ciężko mu było. Widziałam to.
- Daj, ja to zrobię. - Odezwałam się i przysiadłam na łóżku Mikaela, które było bardzo miękkie. Zawsze lubiłam na nim leżeć.
Ze swojego buta wyjęłam własną stelę i zaczęłam kreślić na klatce piersiowej Mikaela runę uzdrawiającą. Gdy przyłożyłam stal do jego gołej skóry, syknął pod nosem, a potem lekko zacisnął zęby, gdyż odczuwał ból od zadanych przez jakieś stworzenie ran.
- Przy mnie nie musisz zachowywać się jak macho, przecież wiesz. - Zagadnęłam i powoli kończyłam rysować znak.
- Wiem, ale jestem przyzwyczajony do ukrywania bólu, szczególnie przed tobą.
- No wiesz ty co. - Powiedziałam z udawaną złością.
- Nie gniewaj się się na mnie mój aniołku.
- Jesteś pewny, że możesz roszczyć sobie prawo do nazywania mnie swoim aniołkiem?
- Nie, ale miałem nadzieję, że wciąż mogę.
- Twoje modlitwy zostały wysłuchane. Możesz mnie nazywać swoim aniołkiem, ale pod jednym  warunkiem. 
- Jakim? - Zapytał z uniesioną brwią.
- Będziesz zawsze ze mną szczery i nie będziesz niczego, ale to absolutnie niczego, przede mną ukrywał.
- Zgoda. - Zaraz po wypowiedzeniu tego słowa, ucałował mój policzek i wywalił mnie na swoje łóżko.
Leżałam na łóżku Mikaela razem z nim. Wiedziałam, że trudno mu zasnąć w dzień, ale jakimś cudem, gdy byłam obok niego, w sumie leżałam obok niego, zasypiał jak niemowlę. Miło było być jego usypiajką, bo przy zasypianiu zawsze mnie obejmował. Jak już zasnął to zawsze się po cichu wymykałam z jego pokoju, aby zająć sie swoimi sprawami, ale z biegiem lat stawało się to coraz trudniejsze, gdyż jego uścisk stawał się coraz mocniejszy i dlatego też, trudniej było mi sie wyswobodzić z jego dużych ramion, nawet jeśli był słabszy od niejednego stworzenia nadnaturalnego.  
Klatka piersiowa chłopaka unosiła się równomiernie, a jego oddech był spokojny, co znaczyło, że mój przyjaciel zasnął. Mogłam więc w końcu wyrwać sie z jego objęć, jednakże było mi tak wygodnie,, że aż sama zasnęłam. 
 
Liv
Na korytarzu nie było nikogo. Wszystkie drzwi pozamykane, cisza... Ruszyłam w lewą stronę, do schodów. Zeszłam po nich na dół do kuchni, aby coś upichcić na kolację. Engel jeszcze nie wróciła, bo gdyby tak było, to już byłaby w kuchni i pożerała ciasteczka lub przynajmniej byłoby słychać ją na pół Instytutu, chyba że słuchałaby muzyki albo oglądała jakiś serial. Przejrzałam starą książkę kucharską, która należała do świętej pamięci babki Gabriela, a prababki Mikaela. Były tam ciekawe oraz proste przepisy na smaczne i w miarę możliwości szybkie potrawy. Dzisiejszym specjałem były placki ziemniaczane. Wzięłam do ręki garnek oraz nożyk, po czym leniwie zeszłam do piwnicy, gdzie zazwyczaj trzymaliśmy ziemniaki. W środku panował zapach wilgoci oraz chłód. Usiadłam na stołku, który był przeznaczony do tego typu czynności, po czym chwyciłam pierwszego lepszego ziemniaka. Przez pierwsze dwadzieścia obyło się bez obrażeń, lecz następny tzn. dwudziesty pierwszy sprawił, że niechcący przejechałam nożykiem po swoim palcu, przy okazji rozcinając skórę. Syknęłam z bólu i odruchowo wypuściłam ziemniaka z ręki i przyłożyłam ranę do ust. Strasznie piekła. Ostrożnie wyjęłam z kieszeni spodni stelę i narysowałam na swojej lewej ręce Znak uzdrawiający, który od razu podziałał i pieczenie ustało. Tak więc wróciłam do obierania. Skończyłam, gdy naliczyłam około stu obranych ziemniaków. Uznałam, że prawdopodobnie wszyscy się najedzą. Na powrót wróciłam do kuchni w wielkim garnkiem kartofli, który ledwo wniosłam do kuchni. Gdy wreszcie znalazłam się w owym pomieszczeniu, przy stole siedział Gave i zajadał się masłem orzechowym, którego nie posiadaliśmy w Instytucie, gdyż któreś z nas miało na nie alergię:
-Skąd je masz?- Odezwałam się stawiając z łoskotem ciężki garnek na ziemi, a on podskoczył w miejscu wystraszony
-Kupiłem sobie.- Odparł beznamiętnym tonem oblizując swoje palce z pozostałości smakołyka
-Czyli ukradłeś.- Stwierdziłam
-Co za różnica?- Prychnął zakręcając słoik- W każdym razie teraz należy do mnie...- Popatrzył na mnie i skapnął się, że przyglądam się ,,jego " własności- Chcesz?- Zapytał lekko rozbawiony odkręcając wieczko
-Mhm.- Pokiwałam energicznie głową, a on podał mi słoik. Popatrzyłam to na Gave'a, to na słoik, aż w końcu wsadziłam palec wskazujący w orzechową masę, po czym skosztowałam jej. Miała anielski smak. Była przyjemnie słona i orzechowa, chociaż czego można by się spodziewać po maśle orzechowym...
-Smakuje?- Zapytał, a ja posłałam mu radosny uśmiech i pokiwałam przytakująco głową; on również się uśmiechną i popatrzył na mnie jakimś dziwnym wzrokiem. Zawsze w jego oczach widziałam dezaprobatę, złość, chytrość, złośliwość... Wszystkie negatywne uczucia, a teraz patrzył na mnie... jakoś inaczej i właśnie to sprawiało, że w jego obecności czułam się dziwnie
-Tylko nie zjedz mi wszystkiego.- Wyrwał mnie z zamyśleń
-Masz, muszę gotować kolację.- Oznajmiłam oddając mu słoik
-Jak chcesz więcej, to przychodź do mnie.- Zaoferował się
-Wybacz, ale kradzionych rzeczy nie jadam.- Powiedziałam niby zarozumiałym tonem przy okazji kucając i prostując się oraz wrzucając ziemniaki, jeden po drugim, do zlewu, aby je umyć. Niestety gar z ziemniakami był zbyt ciężki, abym mogła go podnieść i wrzucić wszystkie ziemniaki do zlewu za jednym razem. Gave zauważywszy mój problem, podszedł i sam zrobił to czego ja nie mogłam zrobić. Chwycił uszy garnka, uniósł do góry i powoli przechylił tak, że ziemniaki spokojnie wpadały do zlewu:
-Dzięki.- Wybąkałam
-Skoro nie jesz kradzionych rzeczy, to dlaczego jadłaś moje masło?- Zadał mi pytanie z lekkim uśmieszkiem nie przerywając czynności
-Bo...- Nie potrafiłam odpowiedzieć na jego pytanie-Bo... nigdy go nie jadłam.- Przyznałam się
-Serio?- Zapytał zdziwiony
-Mhm.
-Podczas wieczornego patrolu wpadniemy do sklepu i...
-...I kupimy jedno.- Dokończyłam, gdyż nie zamierzałam niczego kraść
-No dobra, KUPIMY.- To słowo specjalnie podkreślił, a ja pokiwałam głową; w końcu skończył wrzucanie ziemniaków do zlewu i odstawił garnek z powrotem na podłogę
-Dzięki za pomoc.- Jeszcze raz podziękowałam i zaczęłam myć nasz obiad, który jeszcze nim nie był. Nagle poczułam na swoich plecach jego wzrok. Było to irytujące do tego stopnia, że nie wytrzymałam i odwróciłam się do niego, jednak jedyne co miałam przed sobą to granat jego koszulki. Stał niemalże tuż za moimi plecami i zaglądał mi przez ramię, aby zobaczyć co robię. Czułam bijące od niego ciepło oraz lekki zapach papierosów. Musiałam wysoko zadrzeć głowę do góry, żeby spojrzeć mu w twarz. Patrzyliśmy sobie w oczy przez kilka sekund. Wpatrywałam się w te oczy, które swoją barwą przypominały zimowy krajobraz. Były takie hipnotyzujące, że nie mogłam oderwać od nich wzroku. Nagle ogarnęło mnie uczucie jakbym stała do pasa w przyjemnie chłodnym strumyku. Co chwila widziałam różne wizje, chociaż wiem, że brzmi to dziwnie. Widziałam małego chłopca na rękach mężczyzny o czarnych włosach i bokobrodach z lekkim zarostem odzianego w czerń oraz kobietę w szkarłatnej sukni z blond włosami upiętymi w kok o oczach identycznych jak Gave'a, szli przez park rozmawiając o czymś, czego mały chłopiec nie mógł zrozumieć, lecz ja owszem: ,,Nie możemy decydować za niego." upierała sie kobieta. ,,On sam nie poradzi! To jeszcze małe dziecko!". ,,Jest z mojej krwi. Musi sobie poradzić!" oznajmił twardym i chłodnym tonem mężczyzna i postawił swego pięcioletniego synka na ziemi. ,,Pobawimy się w chowanego Gave, co ty na to?" zapytał udawanym ciepłym tonem, a chłopiec energicznie pokiwał głową . Nagle obraz zamigotał i znalazłam się w brudnej i ciemnej uliczce, gdzie widziałam scenę ucieczki siedmioletniego Gave'a przed sklepikarzami. Następnie pojawiła sie scena jego ulicznej bójki z innymi chłopcami, nawet mignęły mi drzwi naszego połączonego jeszcze Instytutu, a na końcu ujrzałam scenę, w której on ujrzał mnie pierwszy raz. Byłam taka mała...
Nagle chłopak zrobił kilka kroków w tył przerywając potok obrazów. Popatrzył na mnie nic nie rozumiejąc, po czym szybko się zarumienił i odwrócił głowę w zupełnie innym kierunku:
-Przepraszam... Ja...- Nie mógł znaleźć odpowiednich słów, więc szybkim krokiem opuścił kuchnię zostawiając mnie skołowaną z ziemniakiem w dłoni.
Przez całe gotowanie obiadu działałam jak maszyna myślami będąc zupełnie gdzie indziej.

Engel
Obudziłam sie na klatce piersiowej przyjaciela, którego sen wciąż trwał. Wyswobodziłam się delikatnie z ciężaru ręki Mikaela i wstałam z miekkiego łóżka starając się nie zbudzić chłopaka. 
Czułam,że muszeę się odświoeżyć, więc dłam sie do pokoju,w którym czekał na mnie Gideon. Leżał na mym łóżku z założonymi nogani, a rękoma schowanymi pod głową. Oczy miał lekko przymkniete i pogwizdywał jakąś melodię. Gdy zauważył mą obecność,przstał gwizdać, otworzył oczy i powiedział:
- Długo musiałem tu na ciebie czekać. Zastanawiałem sie czy nie zasnąć skoro nie przychodzisz,Angie.
- Engel jak już coś i po co cię tu przywiało?
- Mam do ciebie sprawę. - Odrzekł oważnie bez ogródek.
- No to gadaj, bo chce sie umyć.
- Czyżbyś mi tu coś proponowała? - Zapytał z takim cholernie denerwującym tonem głosu.
- Nie, a ty mów co chcesz, bo zaraz pójde i nic nie powiesz.
- Dobra dobra. Nie denerwuj sie tak, Angie.
- Powiedz do mnie tak jeszcze raz a utnę ci język. - Zagroziłam.
- Okej.
- Mówisz czy nie?


Liv
Cały czas rozmyślałam nad tym, co zobaczyłam oraz jakim cudem widziałam to wszystko z jego perspektywy? Czy to on wywołał tą falę obrazów czy ja? Nie miałam pojęcia ani odpowiedzi na zadawane przeze mnie pytania, lecz chciałam jak najszybciej dowiedzieć się więcej na ten temat. Z mych myśli wyrwał mnie poirytowany głos Engel:
-No nie wierzę!- Krzyknęła oburzona- Zaczęłaś gotować beze mnie! Jak mogłaś?!- Krzyczała udając złą
-Wybacz.- Posłałam jej lekki uśmiech i zorientowałam się, że moje placki się przypalają; obie z Engel skoczyłyśmy w kierunku patelni i niemal razem ściągnęłyśmy prawie płonący przedmiot z kuchenki.
-O czym myślałaś?- Zapytała; zawsze wiedziała, kiedy mnie coś trapiło lub nad czymś usilnie rozmyślałam
-O czymś... dziwnym.- Dokończyłam; pomimo iż była moją parabatai, nie chciałam jej zdradzać nic na temat dziwnego zachowania Gave'a; nie chciałam, aby stracił swoją długo wyrobioną pozycję ,,niegrzecznego chłopca i samotnika".
-Jak bardzo dziwnym?- Zagadnęła opierając się o blat
-Mega.- Posłałam jej niepewny uśmiech- Mogę popatrzeć ci w oczy?- Zapytałam cichym głosem
-Po co?- Odpowiedziała pytaniem
-Chcę coś sprawdzić.
-No ok.- Zgodziła się i zaczęłyśmy patrzeć sobie w oczy; pojawiło się owe uczucie brodzenia w rzece oraz obrazy z jej życia. Na pierwszym obrazie Engel chowa się w jakimś ciemnym kącie i ogląda szokującą scenę morderstwa dwóch ludzi, prawdopodobnie swoich rodziców, którzy są zabijani prze demona. na drugiej jest niesiona w ramionach Gabriela, który niesie ją do Instytutu. Kolejny przedstawiał nasze pierwsze spotkanie. Obie miałyśmy po pięć lat. Również mej uwadze nie umknęła postać wtedy zaledwie siedmioletniego Mikaela, który z daleka nas obserwował oraz ośmioletnich bliźniaków. Na następnym jest przedstawiony jej pierwszy trening, a zaraz po tym obrazie następuje następny, który ukazuje scenę zabicia przez nią pierwszego demona w wieku zaledwie dwunastu lat. W między czasie miga mi postać dwunastoletniego chłopca o kruczoczarnych włosach i nagannych manierach. Kolejną sceną z jej życia jest moment, gdy stałyśmy się parabatai w wieku lat trzynastu. Ujrzałam również wspomnienie, gdy Gabriel uczył ją grania na fortepianie. Gdy nastało wspomnienie, w którym znalazła czarnego kociaka z białymi łapkami poczułam jej silną radość i współczucie dla zwierzęcia. Wzięła go pod pachę i przytachała do Instytutu, po czym starannie ukrywała jego obecność przed Gabrielem.Widziałam jej pierwszy szkic oraz trochę później pierwsze arcydzieło. Mej uwadze nie umknęło wspomnienie pierwszego ugotowanego wspólnie obiadu. Obie wtedy strasznie się ubrudziłyśmy, nie wspominając w jakim stanie Gabriel zastał kuchnię... Następnie ujrzałam moment, gdy poważnie zachorowała i leżała w łóżku, a ja siedziałam przy niej.  Kolejnym obrazem była walka stoczona w Wielkim Demonem, którego cudem we dwie pokonałyśmy. Końcową sceną było spotkanie po raz pierwszy Gideona...
Nagle cofnęła się do tyłu i przerwała falę obrazów:
-Co to było?- Wyszeptała wystraszona i skołowana, a ja znałam już odpowiedź na swoje pytania
-Widziałam twoją przeszłość.- Odparłam pewnym głosem
-Co?!- Krzyknęła nie dowierzając
-To co słyszałaś.- Odpowiedziałam przewracając placki, które skwierczały groźnie
-I co dokładnie widziałaś?
-Wszystkie ważne momenty w twoim życiu...
-Ważne momenty mojego życia?
-Tak. Ale tylko ważne dla ciebie i twoimi oczami.- Wytłumaczyłam
-Skąd ty to...?- Ciągle zadawała pytani
-Miałam dziwne przeczucie.- Perfidnie skłamałam
-Ja też tak chcę!- Zawyła błagalnie
-Może też coś potrafisz, tylko w sobie tego jeszcze nie odkryłaś.- Pocieszyłam ją, wykładając pierwsze, czyli drugie placki na talerz, gdyż pierwsze spaliły się na węgiel.
-Liv, wiesz co? Gideon jest okropny!- Zwierzyła mi się opadając na krzesło i biorąc w ręce jeden z placków
-Zostaw!- Ostrzegłam- Może być gorący.
-Ty masz jakieś trzecie oko czy co? A może jakiś kolejny dar?- Zakpiła
-Nie, to przewidywalność, Engel, przewidywalność.- Razem zaczęłyśmy się śmiać; tylko w jej towarzystwie, otwierałam się tak bardzo i nie byłam tą ,,milczącą Liv", za jaką postrzegali mnie inni. Po jakimś czasie w kuchni zawitał zmęczony Mikael, który leniwie się przeciągnął jak kot:
-Hej dziewczyny.- Przywitał się i usiadł do stołu
-Cześć.- Powiedziałyśmy jednocześnie, lecz to moją parabatai było słychać lepiej, gdyż miała donośny głos, a ja swe powitanie niemal wyszeptałam
-Ohoho. Dzisiaj placuszki.- Mikael zatarł ręce gotowy pochłonąć z trzydzieści talerzy placków; już wyciągał rękę, gdy Engel ją trzepnęła
-Zostaw! Trzeba poczekać na resztę, a poza tym są za gorące.- Popatrzyła na mnie udawanym wrogim wzrokiem, a chłopak jękną trzymając się za brzuch
-No nie bądźcie takie okrutne. Strasznie jeść mi się chcę.- Zawył
-Mi też, a spokojnie czekam!- Odparła podniesionym głosem Engel
-Czy ja wiem, czy tak spokojnie.- Powiedziałam cicho, lecz wystarczająco głośno, aby mnie usłyszeli
-Czyżbyś kwestionowała moje SPOKOJNE czekanie, Liv?- Zapytała
-Mhm.- Przytaknęłam wykładając kolejną porcję ciepłych placków na talerz przed ich nosami
-Jeszcze się zemszczę.- Pogroziła mi, a ja posłałam jej uśmiech, który mówił ,,Już ja widzę tę twoją zemstę. Za trzy minuty zapomnisz o niej".
-Liv!.- Stękną blondyn- Mogę jednego placka? Tylko jednego!- Prosił mnie
-Może lepiej pójdźcie zaprosić resztę na obiad.- Zaproponowałam im
-Ok!- Zgodzili się oboje i wychodząc z kuchni zaczęli ustalać kto po kogo pójdzie.
Natomiast ja znów zostałam sama w kuchni i dalej smażyłam placki...
 Po około godzinie skończyłam robić kolację, a po kolejnej godzinie wszystkie upieczone przeze mnie placki zniknęły ze stołu. Dzisiaj wielkie zmywanie spadło na bliźniaków, którzy z ożywieniem protestowali i używali najrozmaitszych argumentów. Ostatecznie Charlotte nawrzeszczała na nich, przez co nie mieli zbyt wielkiego wyboru. W każdym razie, kiedy Vann i Ild zmywali naczynia, Gabriel znów wyznaczał nam dzielnice do patrolu:
-Engel i Gideon będą dzisiejszej nocy patrolować Ullern, Liv i Gave, wy będziecie mieć na oku Nordstrand, a Amy i Mikael zostają przydzieleni do Alny.- Oznajmił nasz szef
-A co z bliźniakami?- Zainteresowała się Amy
-Oni, póki co, muszą pozmywać, ale będą mieli pod opieką Stovner.- Poinformował ją uprzejmie Gabriel, a ona pokiwała radośnie głową- No to w takim razie...- Spojrzał na zegarek- Jest już dziewiętnasta.- Oznajmił- Jakbyście czegoś potrzebowali to wracajcie do Instytutu. Ja i Charlotte będziemy do waszej dyspozycji przez całą noc. I pamiętajcie: zachowajcie wszelką ostrożność podczas spotkań z wampirami.- Ostrzegł nas, a wszyscy pokiwali zgodnie głowami, po czym każda para opuściła Instytut i ruszyła w swoją stronę...

Komentarze