Rozdział 11

Liv
Kiedy się obudziłam, nadal znajdowałam się w objęciach Gave'a, lecz nie szedł tak jak wcześniej. Siedział na ławce, a mnie posadził sobie na kolanach i delikatnie przyciskał do siebie. Czułam napięcie mięśni jego ramion, ale to nie dlatego, że byłam ciężka. Po prostu nie chciał mnie do siebie zbyt mocno przyciskać. Przyjemnie było mi tak w jego ciepłych ramionach, lecz co raz po moich nogach pomykał chłodny powiew nocnego powietrza. Poruszyłam się niespokojnie chcąc poprawić swoją pozycję, a on omal nie spadł z ławki:
-Wstałaś?- Zadał to pytanie takim tonem jakbym wstała z martwych...
-Tak, a miałam się już nie obudzić?
-Nie, ależ skąd.- Posłał mi ciepły uśmiech, a zaraz potem szybko pocałował mnie w policzek; zarówno szybko jak i delikatnie, tak bym nie zdążyła wykonać żadnego gwałtownego ruchu. Popatrzyłam na niego zdziwionym i lekko zdezorientowanym wzrokiem, a on powtórzył swój wyczyn jeszcze raz, tylko tym razem pocałował mnie w usta. A potem kolejny i jeszcze następny, dopóki nie wyrwałam się z transu i go nie trzepnęłam:
-Starczy już tego dobrego.- Wstałam z jego kolan i stanęłam przed nim kładąc swe dłonie na mych dosyć nikłych biodrach- Co ty sobie wyobrażasz?!- Rzuciłam opryskliwym tonem, a on jak gdyby nigdy nic odpalił sobie papierosa i popatrzył tym swoim ,,odgórnym" wzrokiem
-Nic nie wyobrażam, po prostu to robię.- Odparł- I nadal mam ochotę to powtórzyć.- Wyszczerzył się, aż mało mu nie wypadł z ust ten jego papieros
-Uważaj, bo zmarnujesz ,,dobrą" fajkę.- Prychnęłam i zrobiłam kilka kroków. Ze zdziwieniem uświadomiłam sobie, że nie odczuwam żadnego bólu.- Co z moją nogą?- Zapytałam nagle bacznie ją obserwując
-Hm?- Nie zrozumiał o co mi chodzi- Boli?
-Nie, właśnie w tym problem... Nie boli...
-Narysowałem ci Iratze.- Rzekł krótko krzyżując ręce na piersi
-Dzięki.- Podziękowałam- I nie oczekuj, że rzucę ci się na szyję i zacznę całować.
-Nawet przez myśl mi nie przeszło byś tak zrobiła.- Wydawał sie znudzony- Chodźmy do Instytutu. Spać mi się chcę.- Teraz przypominał dużego chłopczyka, który skarży się matce
-Ja też już mam dość tego obchodu. Miejmy nadzieję, że inni dowiedzieli się czegoś pożytecznego, w przeciwieństwie do nas.- Posłałam mu spojrzenie spode łba
-Przecież wiemy wiele innych ciekawych rzeczy!- Oburzył się
-Na przykład?
-Wiemy co się stało z wujkiem Jordena,
-No i co nam po tym?- Niczego nie rozumiałam
-Jak to co? To bardzo cenne i tajne informacje!- Sprzeczał się ze mną. Zauważyłam, że im bardziej jest zmęczony, tym bardziej marudzi i jest skłonny do kłótni
-Chodźmy już do Instytutu.- Zmieniłam temat- Jestem zmęczona, głodna i śpiąca.
-Przed chwilą mówiłem to samo! Ale chodźmy.- Wziął mnie za rękę i razem pospacerowaliśmy w stronę Alny...

Engel
Ostatecznie spędziliśmy cały wieczór w barze, poznaliśmy nowych ludzi, zabawiliśmy się, ale i zdobyliśmy trochę informacji, jednakże większość czasu została poświęcona tańcom i wygłupom, niżeli przesłuchaniom. Często się śmialiśmy i piliśmy różnego rodzaju drinki, które na szczęście szybo ulatniają się z organizmu Nocnego Łowcy.
- Choodź potaaaańczyć. - Próbowałam wyciągnąć teraz Gideona na parkiet, gdyż za długo już siedział w kupie na dupie.
- Nie dasz mi posiedzieć, co? - Zapytał się z szerokim uśmiechem na ustach i odłożył napój na stół, po czym wstał i wziął mnie za rękę, pociągając za sobą.
Wiele osób poruszało się w rytm muzyki, a my dołączyliśmy do nich. Towarzystwo było niezastąpione i czułam się między nim świetnie. Doświadczyłam wielu nowych rzeczy i przeżyłam coś wspaniałego, ale to był dopiero początek tego gorącego wieczoru.
Mnóstwo czasu przeszło mi na kołysaniu ciałem w trakcie odtwarzania piosenek i mojemu partnerowi chyba to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, cieszył się tymi chwilami razem ze mną, mimo że wcześniej musiałam sama go wyciągać. Był chyba najlepszym tancerzem z jakim kiedykolwiek tańczyłam, choć nie mogę powiedzieć, że w trakcie mego dosyć krótkiego życia trafiali mi się chłopcy z lewymi nogami, bo wcale tak nie było, tylko po prostu byli mniej umiejętni w tym, co robili.
W pewnym momencie zrobiło się dosyć intymnie i postanowiłam, iż pójdę się napić, jednakże takiego obrotu spraw się nie spodziewałam, jakiego doświadczyłam... Kiedy szłam w kierunku baru,  ma ręka została chwycona i pociągnięta w ciemniejszy kąt budynku razem ze mną. W chwili, gdy się zatrzymaliśmy, zostałam przygwożdżona męskim ciałem do ściany, a na moje usta napierały rozżarzone jak węgle wargi, których właściciela rozpoznałam po perfumach. Był nim Gideon. Nie odepchnęłam go, wręcz przeciwnie, przyjęłam go z otwartymi ramionami. Alkohol buzował w moich żyłach, a ja zostałam pozbawiona zdrowego rozsądku, gdyż teraz nie mogłam oprzeć się namiętnym pocałunkom chłopaka. Wciąż prosiłam o więcej i więcej razem z resztą mego ciała. Serce biło mi jak oszalałe i myślałam, że zaraz wyskoczy mi z piersi z tych emocji. Pragnęłam być blisko Gideona i przeczuwałam, że byłabym bliska całkowitemu mu się oddaniu, gdyby nie to w jakim miejscu jesteśmy i co tu właściwie robimy.
W zaskakującym momencie chłopak oderwał się ode mnie i rzekł:
- Przepraszam, nie powinienem. Za bardzo mnie poniosło.
- Nic się przecież nie stało - Odparłam i położyłam dłoń na jego policzek.
- Nie powinienem był cię całować. To było nieodpowiednie. - Powtórzył się.
- Niby czemu? - Zmusiłam go, by spojrzał mi w oczy zamiast odwracał wzrok.
- Bo ja jestem dla ciebie nieodpowiedni. Jesteś da mnie za dobra. Odebrałem ci twój największy skarb, twój pierwszy pocałunek. - Przetarł dłonią twarz.
- Może i to był mój pierwszy pocałunek, ale nie czuję ażeby był mi odebrany siłą, raczej dobrowolnie oddałam ten pocałunek. - Zachowywał się jakoś dziwnie, jakby to była jakaś zbrodnia, za którą będzie musiał wkrótce zapłacić.
- I o to właśnie chodzi, nie powinnaś była mi pozwalać, abym cię całował, powinnaś była mnie odepchnąć, gdy to się zaczęło.
- Wiesz co, nie rozumiem cię, pogadamy jak wytrzeźwiejesz i sobie to wszystko poukładasz, bo gadasz teraz jakieś bzdury. Wracam do instytutu, SAMA. - Podkreśliłam ostatnie słowo i wyszłam na dwór, gdzie ogarnął mnie mrok i przeszywający całe ciało ból...


Liv
Gdy tylko weszliśmy do Instytutu, Gave pochwycił mnie do góry i zaniósł do swojego pokoju:
-Co ty robisz?! Puszczaj!- Próbowałam się mu wyrwać, lecz wszystko na nic
-Cicho!- Uciszał mnie- Inni już śpią!
-Nie obchodzi mnie t..- Rzucił mnie na swoje rozległe łóżko i pocałował w usta. Miałam ochotę dosłownie udusić go gołymi rękami, lecz problem polegał na tym, że po pierwsze nie objęłabym jego szyi moimi obiema dłońmi, a po drugie w tej chwili nie byłam do tego zdolna. Moja koncentracja była zupełnie rozproszona niespodziewanym pocałunkiem. Było to dosyć przyjemne doświadczenie, aczkolwiek aktualnie nie miałam ochoty na żadne mizianie się z ,,Pięknym człowiekiem". Chciałam jedynie pójść spać i odpocząć po dzisiejszym dniu. Często mam tak, że po prostu mam dość przebywania ciągle z jedną osobą i potrzebuje chwili tylko dla siebie. Albo ewentualnie dla Engel. Nie miałam już na nic siły, nawet na to, aby mu się oprzeć. Całował mnie po szyi, ramionach, ustach i policzkach, tak jakbyśmy się spotkali po kilkunastu latach rozłąki. Jego duże i ciepłe dłonie błądziły po moich biodrach, a gdy schodziły za nisko lub za wysoko, ostatkiem sił lekko dotykałam jego dłoni, a on natychmiast zmieniał ich położenie. Wiedział, że jestem padnięta i nawet tego nie wykorzystywał. Był ostrożny i zmysłowy. Cały czas na mej twarzy trwał delikatny uśmiech, który wyrażał zadowolenie. W końcu zauważył, że już prawie śpię, więc przestał i nieśmiało ułożył się obok mnie:
-Będziesz spała w tej sukience?- Zapytał szeptem muskając ustami moje ucho
-Mmm...- Odmruknęłam- Zaraz ją zdejmę.
-To się pospiesz, bo zaraz ja to zrobię za ciebie.- Brzmiało to jak groźba, ale nie obchodziło mnie to; teraz chciałam tylko zasnąć obok niego. Nagle poczułam, jak coś ciepłego wsuwa sie pod moje plecy i delikatnie rozpina sukienkę
-Zostaaaw.- Położyłam swoją dłoń na jego ramieniu, a on nadal rozpinał moją kreację- Gave...
-Mówiłem ci, żebyś ją zdjęła.- Odparł rzucając moje ubranie w kąt, a potem swoje
-Pogniecie się. Jest pożyczona.
-To nic. I tak musisz ją uprać.- Pocałował mnie w czoło układając się obok
-Jestem w bieliźnie.- Mruknęłam z niezadowoleniem
-Ja też.- W jego głosie było słychać rozbawienie- Więc jesteśmy kwita.
-Ale ja jestem kobietą.
-A ja mężczyzną.- Znów mnie pocałował, tym razem w usta- A do obowiązków mężczyzny należy rozbieranie swojej kobiety i noszenie jej na rękach.
-A jeżeli jego kobieta nie lubi noszenia na rękach, a tym bardziej rozbierania?
-To musi się do tego przyzwyczaić- Wtulił mnie w swój nagi tors, który pachniał niczym innym jak papierosami, ale na szczęście już mi to aż tak nie przeszkadzało tak jak wcześniej. Teraz, ten znienawidzony przeze mnie zapach papierosów, kojarzy mi się z osobą, którą kocham...

Komentarze