Rozdział 6
Liv
Razem z Gave'em spacerowaliśmy w ciszy po ulicy skąpanej zachodzącym słońcem. Między nami był mniej więcej metr odległości, ale i tak czułam bijące od niego ciepło, tak jak wtedy w kuchni. Aż mój żołądek zrobił fikołka na samo wspomnienie... Wspomnienie.... Zamyśliłam się na chwilę. Jakoś dziwnie zaczęłam się czuć od chwili pierwszego ,,potoku wspomnień" jak nazywałam w myślach swoją zdolność, gdyż podczas wizji doznawałam uczucia brodzenia po pas w strumyku, którego woda delikatnie pieściła moje nogi. Przed moimi oczami pojawiały się zazwyczaj obrazy, a właściwie wspomnienia z życia osoby, której w oczy się wpatrywałam. Z mych zamyśleń wyrwało mnie szarpnięcie za mój czarny top:
-Hm?- Zadarłam głowę do góry, aby spojrzeć mu w oczy
-Ty mnie w ogóle słuchasz?- Zapytał poirytowanym tonem
-A ty w ogóle coś mówiłeś?
-Tak. Czy chcesz iść i kupić to masło?- Zadał mi pytanie po raz drugi
-Ale ja nie mam...- Zaczęłam, lecz mi przerwał
-Ja mam.- Oznajmił, po czym chwycił moją drobną dłoń w swoją dużą i pociągnął w stronę najbliższego sklepu.
W środku było mało osób oraz przyjemnie chłodno. Gave wszedł między regały szukając tego, co zamierzał rzekomo kupić. Przez chwile myślałam, że go zgubiłam, lecz spojrzałam w górę i dojrzałam skrawek jego czarnej czupryny. ,,Dobrze, że jest taki wysoki" pomyślałam i ruszyłam w stronę, gdzie dostrzegłam jego włosy. Oczywiście, nie pomyliłam się. Stał i wpatrywał się w masła orzechowe:
-Ile masz pieniędzy?- Zapytałam cicho
-Wystarczająco.- Odparł ściskając w prawej dłoni kilka monet, które po chwili wyłożył na ladę. O dziwo KUPIŁ dla mnie masło orzechowe...
-Masz.- Powiedział podając mi smakołyk
-Ee...- Zatkało mnie; Gave KUPIŁ masło orzechowe! I to w dodatku dla mnie! Świat oszalał...-Dziękuję.- W końcu wydukałam i wzięłam od niego ,,prezent"
-Chodźmy, później je zjesz.- Odparł i ruszyliśmy dalej...
Engel
-No to co jest tą sprawą, którą do mnie miałeś? Hm? - Zapytałam jak już wyszliśmy z Instytutu, bo wcześniej nie było jakoś okazji z racji że musiałam wziąć prysznic po tym jak czułam się nieświeżo.
Liv
Niedługo dochodziła północ, a my powoli i leniwie spacerowaliśmy ulicą dzieląc się masłem orzechowym, które należało do mnie, lecz to Gave je kupił za swoje pieniądze, których pochodzenia nie znałam i wolałam nie poznawać...
Nagle przejechałam paznokciem po szklanym dnie słoika:
-Co?- Zapytałam i spojrzałam do jego środka; słoik był pusty
-Coś nie tak?- Zapytał powstrzymując śmiech
-Już się skończyło...- Mruknęłam z niezadowoleniem i smutkiem w głosie
-Nie martw się, jutro kupię ci następne.- Pocieszył mnie- I pojutrze.- Dodał po namyśle
-Będziesz mi kupował masło orzechowe?- Zdziwiłam się udając, że nie słyszałam reszty
-Mhm. Czemu nie?- Posłał mi lekki uśmiech i nagle się zatrzymał
-Coś zobaczyłeś?- Zapytałam rozglądając się
-Tędy.- Chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął za sobą
-Gave! Czekaj, nie tak szybko! Skręcisz mi nadgarstek!- Skarżyłam się, lecz on mnie nie słuchał
-Szybciej.- Ponaglił mnie i mocniej zacisnął swoją prawą dłoń na moim lewym nadgarstku, po czym schował mnie na za siebie i sam przyjął cios kijem w żebra. Jęknął i wyciągnął zza pasa pistolet, a ja dobyłam swą katanę i chciałam wyjść zza niego, lecz on powstrzymał mnie zagradzając mi drogę swoją ręką. Przed nami stała parodia samuraja. Tak, to chyba jest idealne określenie... Przed nami znajdował się chłopak, mniej więcej szesnastoletni, o blond włosach upiętych w kok, twarzą uwaloną pudrem lub mąką, zielonymi oczami podkreślonymi eyelinerem oraz w czymś, co przypominało jednoczęściową piżamę koloru khaki. Na nogach posiadał sandało-japonki. Trudno było określić co to było. I do tego miał nieskazitelnie białe skarpety...:
-Polak?- Zapytał złośliwie Gave
-Nie pogrywaj ze mną Nefilim.- Warknął nastolatek, a jego oczy błysnęły błękitem
-Licz.- Szepnęłam; jest to rodzaj nieumarłego, który nie posiada własnego ciała, a jego nieśmiertelna dusza może zawładnąć nad ciałami śmiertelnych. Licze można poznać po groźnie błyszczących niebieskich oczach o dosyć nietypowym odcieniu.
-Chyba Kicz.- Poprawił mnie szatyn, a Licz zaatakował go drewnianą kataną, lecz ja byłam szybsza. Zręcznie wyminęłam Gave'a i zatrzymałam cios Licza. Oczywiście moja broń przecięła jego drewnianą na pół, a Gave wystrzelił precyzyjnie jeden pocisk, który trafił przeciwnika w sam środek czoła. Nastolatek padł przed nami martwy, a świecąca błękitem postać Licza, w postaci dymu, powoli ulotniła się z ciała chłopca poprzez usta i uformowała się w szkielet o niebieskich oczodołach, w szarej podartej pelerynie oraz długiej drewnianej lasce z szafirem na czubku:
-Jeszcze się kiedyś spotkamy.- Usłyszeliśmy głos w naszych głowach, który swym brzmieniem przypominał rozlany kwas; Licz się ulotnił...
-Nigdy bym się nie spodziewał, że Licze upadły tak nisko.- Rzekł Gave wychodząc z uliczki
- Skąd wiedziałeś, że on tam jest?- Zapytałam
-Miałem przeczucie.- Odparł chowając za pas pistolet, a wyjmując z kieszeni kurtki paczkę papierosów
-Przeczucie?- Nie dowierzałam; Licze były trudne do wykrycia z racji na swoją eteryczną postać
-Mhm.- Przytaknął odpalając papierosa, po czym usiadł na pobliskiej ławce
-Niesamowite.- Stwierdziłam z aprobatą, lecz on nie wydawał się przekonany
-Taa.- Mruknął; nagle jakiś przechodzień zahaczył o mnie, przez co straciłam równowagę i padłam prosto w objęcia Gave'a, który mnie złapał i przycisnął do siebie. Czułam się... dziwnie. Jeszcze nigdy się tak nie czułam. Było mi okropnie gorąco. Czułam jak moje serce nienaturalnie szybko bije, a policzki kwitnął czerwienią niczym pączki róży. Mój oddech odbijał się od jego granatowej koszulki i wracał do mnie niczym bumerang. Moje ciało zaczęło samo za mnie decydować.Wtuliłam się w jego szeroką klatkę piersiową, która próbowała równomiernie się unosić i opadać. Poczułam jak Gave wyjmuje z ust papierosa i ciska nim gdzieś w bok, po czym zaczął mnie mocniej obejmować. I wtedy jego wargi delikatnie musnęły me czoło. Zacisnęłam swoje dłonie w pięści, przy okazji gniotąc jego koszulkę. Lekko zachłysnęłam się powietrzem i mocniej wtuliłam głowę w jego pierś. Po chwili wypuścił mnie ze swych objęć. Delikatnie odsunął mnie od siebie i postawił przed sobą. Jego twarz wyglądała mniej więcej jak moja, czyli była cała czerwona. Oboje czuliśmy się niezręcznie, więc wybąkałam:
-Może chodźmy dalej...- I ruszyliśmy na dalsze patrolowanie okolicy.
Teraz odległość między nami wynosiła około dwa metry. Szliśmy w niezręcznej ciszy i każdy patrzył w inną stronę tak, by nasze spojrzenia się przypadkiem nie spotkały...
Engel
Chodziliśmy wzdłuż Ullern i mogliśmy usłyszeć ciche wycie wilkołaków. Pewnie mieli cieczkę, tak jak to my nazywaliśmy, choć to wcale się tak nie zwie. Gideon zrobił się bardziej uważny i chyba lekko wkurzony, bo znajdowaliśmy się w pobliży wilkołaczej dzielnicy, czyli tam, gdzie jego wilczek mieszka. W sumie nie dziwie mu się, bo sama bym nie wytrzymała tego, że jakiś chłopak/dziewczyna się mnie uczepił i nie chce odpuścić. Więc można powiedzieć że go rozumiem, choć sama czegoś takiego nie przeżyłam do tej pory i mam nadzieję, że nic takiego się nie stanie.
-Auuuu... - Usłyszałam głośniejsze wycie, a chwilę potem zobaczyłam całkiem ładną osiemnastoletnią dziewczynę o rudych falistych włosach, zgrabnej figurze i niebiesko zielonych oczach.
- Hej Gid, przyszedłeś mnie odwiedzić? - Odezwała się rudowłosa. Kiedy spojrzałam na Gideona, nie wydawał się być zadowolony z obecności rudowłosej.
- Hej, Mila. Mam patrol, ale również miło cię widzieć? - Odparł sztywno/
- Naprawdę? - Ucieszyła się dziewczyna i wtedy do akcji wkroczyłam ja...
- Hej, jestem Engel, dziewczyna Gideona. - Powiedziałam słodko i uśmiechnęłam się do Mili, gdy wysunęłam dłoń w jej stronę.
- Chyba śnisz, Gideuś jest mój i nie oddam ci go nigdy w życiu.
- Nie możesz m oddawać kogoś kto i tak jest mój. Pogódź się z tym, misio wybrał mnie zamiast ciebie.
- Zamknij się, sukubie. Nie masz prawa zwracać się tak do Gideona. Prawda cukiereczku?
- Chyba gatunki ci się pomyliły, kotku. I nie nazywaj mojego chłopaka cukiereczkiem, bo sierść powyrywam, pchlico.
- Jak ty mnie nazwałaś?!
- Tak jak słyszałaś,wilkodajko.
- Argh.. Wkurzyła się. Naprawdę.
Mila przybrała postać wilka i skoczyła na mnie nim aja i Gideon się zjarzyliśmy. Po chwili byłam na ziemi z obolałymi plecami, ale nie poddałam się. Tak na prawdę dostałam motywacyjnego kopa i od razu oddała przeciwniczce, na co mój partner bardzo dobrze zareagował, gdyż złapał mnie nim zadałam cios a potem zasłonił swoim ciałem, by wilkołaczka nie mogła mnie skrzywdzić przez co sam nieźle oberwał po plecach. Miał teraz pięć wielkich szram po pazurach i leciała z nich lekko krew.
- O matko, przepraszam cie, misiaczku. - Przemieniła się w swoją ludzką postać i podbiegła do Gideona, który tera na mnie wisiał.
- Nie zbliżaj się do niego. - Powiedziałam z grozą w głosie.
- Przepraszam, żabko. - Łzy ciekły po policzkach dziewczyny, a ja powstrzymywała się, by się na niego nie wydrzeć. Oczywiście dostanie kazanie, ale dopiero po tym jak go uzdrowię...
Liv
Było już grubo po drugiej w nocy. Oczy same mi się zamykały, a nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. Wlokłam się za Gav'em i chyba już z czwarty raz straciłam go z oczu. Przystanęłam na środku chodnika i zaczęłam się rozglądać po całej ulicy, ale nigdzie go nie dostrzegałam. Przetarłam oczy i zobaczyłam przed sobą ciemną postać. Nie namyślając się długo, wyciągnęłam przed siebie katanę i gotowa byłam ciąć przeciwnika:
-Ej, co ty robisz?- Syknął Gave z urazą w głosie- Schowaj tą wykałaczkę.- Nakazał, a ja posłusznie wykonałam jego polecenie
-Okropnie chce mi się spać.- Poskarżyłam się ziewając
-Wiem.- Również ziewnął- Już wracamy.
-Nie wydaje mi się, aby to była właściwa droga do Instytutu.- Stwierdziłam, rozglądając się za nazwą ulicy
-Musisz mi uwierzyć na słowo. Znam całe Oslo na pamięć, łączne z kanalizacją i skrótami.- Zapewnił mnie- Chodź.- Wyciągnął swoją prawą dłoń i chwycił moją lewą, po czym pociągnął mnie za sobą
-Nie zgub mnie już więcej.- Poprosiłam zaspanym głosem
-Postaram się.- Obiecał i mocniej ścisnął moją rękę dla pewności, że nadal mnie trzyma
-Gave...- Moje nogi zaczęły się buntować, a ja tracić grunt pod nogami; Gave szybko złapał mnie w pasie i przytrzymał
-Wszystko w porządku? Nie wygląda mi to na zwykłe zmęczenie.- Stwierdził przerzucając mnie sobie przez ramię
-O Aniele!- Wydarłam się i zaczęłam się wyrywać z dwóch powodów: jednym z nich był mój lęk wysokości, który starałam się ukryć przed innymi, a drugim jakaś postać idąca za nami. Coś mi podpowiadało, że nie był to zwykły Przyziemny...
-Cicho!- Syknął i postawił mnie obok siebie, a ja niczym mała dziewczynka wtuliłam się w niego- A tobie co?- Położył swoją dłoń na moich plecach w geście uspokojenia, po czym spojrzał za siebie i dostrzegł to, co ja. Kilka metrów od nas stała kobieta wygięta pod dosyć nienaturalnym kątem. Jej suknia byłaby tak samo biała jak jej włosy, gdyby nie była przesiąknięta krwią. Głośno przełknęłam ślinę, a Gave, co mnie zdziwiło, zrobił krok w tył:
-Wydaje mi się, że powinniśmy wracać jak najszybciej.- Szepnął, a ja nawet nie miałam zamiaru się z nim nie zgodzić. Wziął mnie pod pachę niczym jakiś pakunek i zaczął biec. Strasznie mną trzęsło i pomyślałam, że ostatni raz korzystam z usług transportowych Gave'a. Udało mi się spojrzeć w tył, lecz nigdzie nie dostrzegałam wcześniej widzianej przez nas postaci. W pewnej chwili cały obraz mi zamigotał, a następnie zgasł. Nie wiedziałam co się dzieje. Przestałam odbierać jakiekolwiek bodźce z otoczenia. Nie czułam ręki chłopaka na mojej talii, ani trzęsienia, jakie powodował swoim biegiem. Nie słyszałam jego przyspieszonego oddechu, ani odgłosu jego kroków. Zupełnie jakbym się znalazła w pustce. ,,Musisz się otrząsnąć Liv", powtarzałam sobie i nagle wszystko powróciło ze zdwojoną siłą. Szarpało mną niemiłosiernie, a do uszu docierał jedynie przeraźliwy krzyk. Otworzyłam oczy i dosłownie przed moją twarzą stanęła twarz kobiety o białych włosach i szkarłatnej sukni. Gave gdzieś zniknął i teraz stałam z nią sama twarzą w twarz. Ciągle krzyczała, szarpiąc mną za ramiona i patrząc mi się w oczy, a ja... ja zupełnie nic nie odczuwałam. Nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Popatrzyłam na nią jak na wariatkę i uważniej wpatrzyłam się w jej brązowe oczy. Wtedy doznałam znajomego odczucia, które poprzedzało projekcję wspomnień danej osoby, której patrzyłam w oczy. Ujrzałam uśmiechniętą małą dziewczynkę z kotkiem na rękach, a zaraz potem twarz dziecka wykrzywił grymas bólu, a ubranie zabrudziła krew. Nie wiedziałam czy należała ona do zwierzęcia, czy do jakiejś istoty ludzkiej, ale w sumie nie interesowało mnie to. Na następnym obrazie była obroża ze złotą blaszką oraz wyrytym na niej imieniem ,,Kiki". Uznałam to za coś istotnego. Później, co raz szybciej, pojawiały się losowe obrazy przedstawiające jak dobrze się uczyła, jak porzucała wszystko dla nauki, aby stać się najlepszą. Typowa kobieta sukcesu. Obrazy zwolniły, kiedy na obrazach zaczął pojawiać się mężczyzna. Wtedy już dorosła kobieta, zakochała się w nim i porzuciła dla niego studia. Zaczęli życie podróżników, lecz po tygodniu, jej kochanek zostawił ją i uciekł z inną dziewczyną. Na dobór złego zostawił ją w zaawansowanej ciąży... trojaczej? W każdym razie poroniła i popadła w depresję. Stała się bezrobotną kobietą bez ambicji ze zniszczoną psychiką, aż w końcu postanowiła skończyć z sobą. Potok został przerwany. Banshee, bo tym właśnie była kobieta, odsunęła się ode mnie cichnąc. Jej twarz złagodniała i przybrała wyraz zaciekawionej dziewczynki. Przyglądała mi się, ale tym razem nawet nie próbowała patrzeć mi w oczy:
-Gdzie on jest?- Zadałam jej pytanie; wyciągnęła swoją białą i kościstą rękę w moim kierunku. Obróciłam się i zobaczyłam, że Gave leży na chodniku i ciężko oddycha. Jego ręce spoczywają na jego szyi, zupełnie tak, jakby sam siebie dusił. Po chwili zdałam sobie sprawę, że właśnie to czyni- Gave!- Wrzasnęłam przerażona i próbowałam odjąć jego ręce- Gave, puszczaj! Puść, bo sie udusisz!- Krzyczałam siłując się z nim, a on nadal mnie nie słuchał. Obejrzałam się na stojącą za mną Banshee, która obserwowała całą sytuację:
-Pomóż mu, a cię uwolnię.- Gdy tylko to powiedziałam, ona wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, po którym Gave przestał się dusić- Kiki.- Wyszeptałam, a kobieta zmieniła się we mgłę i rozpłynęła w powietrzu...
Engel
- Pomogę ci. - Padły te słowa z ust rudej, która zrobiła krzywdę memu partnerowi.
- Nie jesteś Nocnym Łowcą, więc nie masz jak mi pomóc.
- Na pewno jakoś mogę, jestem silna.
- Ale i głodna. Idź do stada, ja się nim zajmę. I proszę, zostaw go.
- Ale, ale ja go kocham.
- Mi też na nim zależy, więc lepiej będzie jak zostawisz go w spokoju i znajdziesz sobie samca alfa, który będzie chciał z tobą być, a później żebyś dała mu małe wilkołaczki.
- Chyba zostanę przy opcji odbicia ci Gideona, ale dzisiaj już dam ci spokój, bo misiaczek jest ranny, a akurat ty możesz mu pomóc.
- Hah, ja także nie skończyłam. - Powiedziałam pewnie.
Gdy tylko wilkołaczka pobiegła do stada, ja narysowałam runę teleportacji i przetransportowałam nas do pokoju Gideona, gdzie posadziłam go na łóżku.
- Możesz zdjąć koszulkę. - Rzekłam i udałam się do łazienki po mokrą gąbkę i mydło.
- Szybko przechodzisz do rzeczy. - Odpowiedział zdejmując koszulkę wraz z skórzaną kurtką.
- Chcesz żeby ci pomogła czy nie? - Mówiłam do niego, ale powoli zamykały mu się powieki.
- Dobra, już nic nie mówię. Rób swoje. - Poddał się, a ja umyłam mu zabrudzone plecy, a następnie je zdezynfekowałam później znalezioną wodą utlenioną. Po pięciu minutach jego tyłów już nie zdobiła żadna szrama. Na szczęście irtraze nie zostawiało większych blizn, więc nic nie było widać śladu po tym co dzisiaj zaszło.
- Zostań ze mną. - Powiedział półsennym głosem, gdy złapał mnie w talii bez koszulki i seksownie zaspanym głosem. Następnie pociągną mnie za sobą i obydwoje wylądowaliśmy na jego łóżku. Jego uścisk był mocny i nie dałam rady się z niego wyrwać, więc się podała. Zostało mi jedynie tulenie się do nagiego torsu chłopak i pozyskiwanie jego zaufania...
Razem z Gave'em spacerowaliśmy w ciszy po ulicy skąpanej zachodzącym słońcem. Między nami był mniej więcej metr odległości, ale i tak czułam bijące od niego ciepło, tak jak wtedy w kuchni. Aż mój żołądek zrobił fikołka na samo wspomnienie... Wspomnienie.... Zamyśliłam się na chwilę. Jakoś dziwnie zaczęłam się czuć od chwili pierwszego ,,potoku wspomnień" jak nazywałam w myślach swoją zdolność, gdyż podczas wizji doznawałam uczucia brodzenia po pas w strumyku, którego woda delikatnie pieściła moje nogi. Przed moimi oczami pojawiały się zazwyczaj obrazy, a właściwie wspomnienia z życia osoby, której w oczy się wpatrywałam. Z mych zamyśleń wyrwało mnie szarpnięcie za mój czarny top:
-Hm?- Zadarłam głowę do góry, aby spojrzeć mu w oczy
-Ty mnie w ogóle słuchasz?- Zapytał poirytowanym tonem
-A ty w ogóle coś mówiłeś?
-Tak. Czy chcesz iść i kupić to masło?- Zadał mi pytanie po raz drugi
-Ale ja nie mam...- Zaczęłam, lecz mi przerwał
-Ja mam.- Oznajmił, po czym chwycił moją drobną dłoń w swoją dużą i pociągnął w stronę najbliższego sklepu.
W środku było mało osób oraz przyjemnie chłodno. Gave wszedł między regały szukając tego, co zamierzał rzekomo kupić. Przez chwile myślałam, że go zgubiłam, lecz spojrzałam w górę i dojrzałam skrawek jego czarnej czupryny. ,,Dobrze, że jest taki wysoki" pomyślałam i ruszyłam w stronę, gdzie dostrzegłam jego włosy. Oczywiście, nie pomyliłam się. Stał i wpatrywał się w masła orzechowe:
-Ile masz pieniędzy?- Zapytałam cicho
-Wystarczająco.- Odparł ściskając w prawej dłoni kilka monet, które po chwili wyłożył na ladę. O dziwo KUPIŁ dla mnie masło orzechowe...
-Masz.- Powiedział podając mi smakołyk
-Ee...- Zatkało mnie; Gave KUPIŁ masło orzechowe! I to w dodatku dla mnie! Świat oszalał...-Dziękuję.- W końcu wydukałam i wzięłam od niego ,,prezent"
-Chodźmy, później je zjesz.- Odparł i ruszyliśmy dalej...
Engel
-No to co jest tą sprawą, którą do mnie miałeś? Hm? - Zapytałam jak już wyszliśmy z Instytutu, bo wcześniej nie było jakoś okazji z racji że musiałam wziąć prysznic po tym jak czułam się nieświeżo.
- Chodzi o to, że pewna wilkołaczka się mnie uczepiła i ubzdurała sobie, że jesteśmy parą.
- No to słodko. Wychodzi na to, że nie musisz się nawet starać, aby mieć dziewczynę. Moje gratulacje.
- Nie rozumiesz. Chce żebyś udawała moją dziewczynę, abym mógł się jej pozbyć.
- Chcesz się pozbyć laski dlatego że nie jest Nocną Łowczynią?
- Nie chodzi o jej gatunek. Chodzi o to, że nie szukam w najbliższym czasie związków. Chce mieć święty spokój.
- A co ci się nie podoba w związkach? To super sprawa, gdy możesz spędzać z drugą osobą ogromną ilość czasu, gdy możecie ze sobą dzielić szczęście albo się przytulacie i całujecie.
- Fajne są związki bez zobowiązań, każdy chłopak ci to powie.
- No to powiedz tej dziewczynie, że interesują cie związki tego typu. Nie jestem ci do tego potrzebna.
- Mówiłem jej to z miliard razy, ale ona nie słucha. Dlatego właśnie potrzebuje ciebie, żebyś powiedziała, że jesteśmy razem i nie chcesz być żadna laska kręciła się obok twojego faceta.
- Nie możesz poprosić o to siostry?
- I tu jest problem. Ta dziewczyna niestety kumpluje się z nią, więc nie pyknie to z nią.
- Dlaczego ja?
- Dlatego że się nadajesz a poza tym pasujesz mniej więcej do opisu jaki jej podałem na swoją dziewczynę.
- To takie buty...
- Słucham?
- Bo pomogę ci, ale...
- Ale?
- Ale kup mi coś do jedzenia, bo umieram z głodu.
- Masz żołądek z gumy czy co? Dopiero co jadłaś!
- Jak nie chcesz mojej pomocy to zgłoś się do kogoś innego.
- Dobra dobra. Jak będziemy wracać to kupie ci tortillę i frytki. - Wytrzeszczyłam niemalże oczy.- No co? Wolisz coś innego?
- Nie nie, tortilla jest idealna. Chodzi o to, że kupujesz moje ulubione jedzonko.
- Aaa okeej. Jak się dobrze spiszesz to kupie ci ich więcej.
- Tak jest, mój chłopaku. - I oboje się zaśmialiśmy.
Po tej pogawędce ruszyliśmy dalej na patrol...
Liv
Niedługo dochodziła północ, a my powoli i leniwie spacerowaliśmy ulicą dzieląc się masłem orzechowym, które należało do mnie, lecz to Gave je kupił za swoje pieniądze, których pochodzenia nie znałam i wolałam nie poznawać...
Nagle przejechałam paznokciem po szklanym dnie słoika:
-Co?- Zapytałam i spojrzałam do jego środka; słoik był pusty
-Coś nie tak?- Zapytał powstrzymując śmiech
-Już się skończyło...- Mruknęłam z niezadowoleniem i smutkiem w głosie
-Nie martw się, jutro kupię ci następne.- Pocieszył mnie- I pojutrze.- Dodał po namyśle
-Będziesz mi kupował masło orzechowe?- Zdziwiłam się udając, że nie słyszałam reszty
-Mhm. Czemu nie?- Posłał mi lekki uśmiech i nagle się zatrzymał
-Coś zobaczyłeś?- Zapytałam rozglądając się
-Tędy.- Chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął za sobą
-Gave! Czekaj, nie tak szybko! Skręcisz mi nadgarstek!- Skarżyłam się, lecz on mnie nie słuchał
-Szybciej.- Ponaglił mnie i mocniej zacisnął swoją prawą dłoń na moim lewym nadgarstku, po czym schował mnie na za siebie i sam przyjął cios kijem w żebra. Jęknął i wyciągnął zza pasa pistolet, a ja dobyłam swą katanę i chciałam wyjść zza niego, lecz on powstrzymał mnie zagradzając mi drogę swoją ręką. Przed nami stała parodia samuraja. Tak, to chyba jest idealne określenie... Przed nami znajdował się chłopak, mniej więcej szesnastoletni, o blond włosach upiętych w kok, twarzą uwaloną pudrem lub mąką, zielonymi oczami podkreślonymi eyelinerem oraz w czymś, co przypominało jednoczęściową piżamę koloru khaki. Na nogach posiadał sandało-japonki. Trudno było określić co to było. I do tego miał nieskazitelnie białe skarpety...:
-Polak?- Zapytał złośliwie Gave
-Nie pogrywaj ze mną Nefilim.- Warknął nastolatek, a jego oczy błysnęły błękitem
-Licz.- Szepnęłam; jest to rodzaj nieumarłego, który nie posiada własnego ciała, a jego nieśmiertelna dusza może zawładnąć nad ciałami śmiertelnych. Licze można poznać po groźnie błyszczących niebieskich oczach o dosyć nietypowym odcieniu.
-Chyba Kicz.- Poprawił mnie szatyn, a Licz zaatakował go drewnianą kataną, lecz ja byłam szybsza. Zręcznie wyminęłam Gave'a i zatrzymałam cios Licza. Oczywiście moja broń przecięła jego drewnianą na pół, a Gave wystrzelił precyzyjnie jeden pocisk, który trafił przeciwnika w sam środek czoła. Nastolatek padł przed nami martwy, a świecąca błękitem postać Licza, w postaci dymu, powoli ulotniła się z ciała chłopca poprzez usta i uformowała się w szkielet o niebieskich oczodołach, w szarej podartej pelerynie oraz długiej drewnianej lasce z szafirem na czubku:
-Jeszcze się kiedyś spotkamy.- Usłyszeliśmy głos w naszych głowach, który swym brzmieniem przypominał rozlany kwas; Licz się ulotnił...
-Nigdy bym się nie spodziewał, że Licze upadły tak nisko.- Rzekł Gave wychodząc z uliczki
- Skąd wiedziałeś, że on tam jest?- Zapytałam
-Miałem przeczucie.- Odparł chowając za pas pistolet, a wyjmując z kieszeni kurtki paczkę papierosów
-Przeczucie?- Nie dowierzałam; Licze były trudne do wykrycia z racji na swoją eteryczną postać
-Mhm.- Przytaknął odpalając papierosa, po czym usiadł na pobliskiej ławce
-Niesamowite.- Stwierdziłam z aprobatą, lecz on nie wydawał się przekonany
-Taa.- Mruknął; nagle jakiś przechodzień zahaczył o mnie, przez co straciłam równowagę i padłam prosto w objęcia Gave'a, który mnie złapał i przycisnął do siebie. Czułam się... dziwnie. Jeszcze nigdy się tak nie czułam. Było mi okropnie gorąco. Czułam jak moje serce nienaturalnie szybko bije, a policzki kwitnął czerwienią niczym pączki róży. Mój oddech odbijał się od jego granatowej koszulki i wracał do mnie niczym bumerang. Moje ciało zaczęło samo za mnie decydować.Wtuliłam się w jego szeroką klatkę piersiową, która próbowała równomiernie się unosić i opadać. Poczułam jak Gave wyjmuje z ust papierosa i ciska nim gdzieś w bok, po czym zaczął mnie mocniej obejmować. I wtedy jego wargi delikatnie musnęły me czoło. Zacisnęłam swoje dłonie w pięści, przy okazji gniotąc jego koszulkę. Lekko zachłysnęłam się powietrzem i mocniej wtuliłam głowę w jego pierś. Po chwili wypuścił mnie ze swych objęć. Delikatnie odsunął mnie od siebie i postawił przed sobą. Jego twarz wyglądała mniej więcej jak moja, czyli była cała czerwona. Oboje czuliśmy się niezręcznie, więc wybąkałam:
-Może chodźmy dalej...- I ruszyliśmy na dalsze patrolowanie okolicy.
Teraz odległość między nami wynosiła około dwa metry. Szliśmy w niezręcznej ciszy i każdy patrzył w inną stronę tak, by nasze spojrzenia się przypadkiem nie spotkały...
Engel
Chodziliśmy wzdłuż Ullern i mogliśmy usłyszeć ciche wycie wilkołaków. Pewnie mieli cieczkę, tak jak to my nazywaliśmy, choć to wcale się tak nie zwie. Gideon zrobił się bardziej uważny i chyba lekko wkurzony, bo znajdowaliśmy się w pobliży wilkołaczej dzielnicy, czyli tam, gdzie jego wilczek mieszka. W sumie nie dziwie mu się, bo sama bym nie wytrzymała tego, że jakiś chłopak/dziewczyna się mnie uczepił i nie chce odpuścić. Więc można powiedzieć że go rozumiem, choć sama czegoś takiego nie przeżyłam do tej pory i mam nadzieję, że nic takiego się nie stanie.
-Auuuu... - Usłyszałam głośniejsze wycie, a chwilę potem zobaczyłam całkiem ładną osiemnastoletnią dziewczynę o rudych falistych włosach, zgrabnej figurze i niebiesko zielonych oczach.
- Hej Gid, przyszedłeś mnie odwiedzić? - Odezwała się rudowłosa. Kiedy spojrzałam na Gideona, nie wydawał się być zadowolony z obecności rudowłosej.
- Hej, Mila. Mam patrol, ale również miło cię widzieć? - Odparł sztywno/
- Naprawdę? - Ucieszyła się dziewczyna i wtedy do akcji wkroczyłam ja...
- Hej, jestem Engel, dziewczyna Gideona. - Powiedziałam słodko i uśmiechnęłam się do Mili, gdy wysunęłam dłoń w jej stronę.
- Chyba śnisz, Gideuś jest mój i nie oddam ci go nigdy w życiu.
- Nie możesz m oddawać kogoś kto i tak jest mój. Pogódź się z tym, misio wybrał mnie zamiast ciebie.
- Zamknij się, sukubie. Nie masz prawa zwracać się tak do Gideona. Prawda cukiereczku?
- Chyba gatunki ci się pomyliły, kotku. I nie nazywaj mojego chłopaka cukiereczkiem, bo sierść powyrywam, pchlico.
- Jak ty mnie nazwałaś?!
- Tak jak słyszałaś,wilkodajko.
- Argh.. Wkurzyła się. Naprawdę.
Mila przybrała postać wilka i skoczyła na mnie nim aja i Gideon się zjarzyliśmy. Po chwili byłam na ziemi z obolałymi plecami, ale nie poddałam się. Tak na prawdę dostałam motywacyjnego kopa i od razu oddała przeciwniczce, na co mój partner bardzo dobrze zareagował, gdyż złapał mnie nim zadałam cios a potem zasłonił swoim ciałem, by wilkołaczka nie mogła mnie skrzywdzić przez co sam nieźle oberwał po plecach. Miał teraz pięć wielkich szram po pazurach i leciała z nich lekko krew.
- O matko, przepraszam cie, misiaczku. - Przemieniła się w swoją ludzką postać i podbiegła do Gideona, który tera na mnie wisiał.
- Nie zbliżaj się do niego. - Powiedziałam z grozą w głosie.
- Przepraszam, żabko. - Łzy ciekły po policzkach dziewczyny, a ja powstrzymywała się, by się na niego nie wydrzeć. Oczywiście dostanie kazanie, ale dopiero po tym jak go uzdrowię...
Liv
Było już grubo po drugiej w nocy. Oczy same mi się zamykały, a nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. Wlokłam się za Gav'em i chyba już z czwarty raz straciłam go z oczu. Przystanęłam na środku chodnika i zaczęłam się rozglądać po całej ulicy, ale nigdzie go nie dostrzegałam. Przetarłam oczy i zobaczyłam przed sobą ciemną postać. Nie namyślając się długo, wyciągnęłam przed siebie katanę i gotowa byłam ciąć przeciwnika:
-Ej, co ty robisz?- Syknął Gave z urazą w głosie- Schowaj tą wykałaczkę.- Nakazał, a ja posłusznie wykonałam jego polecenie
-Okropnie chce mi się spać.- Poskarżyłam się ziewając
-Wiem.- Również ziewnął- Już wracamy.
-Nie wydaje mi się, aby to była właściwa droga do Instytutu.- Stwierdziłam, rozglądając się za nazwą ulicy
-Musisz mi uwierzyć na słowo. Znam całe Oslo na pamięć, łączne z kanalizacją i skrótami.- Zapewnił mnie- Chodź.- Wyciągnął swoją prawą dłoń i chwycił moją lewą, po czym pociągnął mnie za sobą
-Nie zgub mnie już więcej.- Poprosiłam zaspanym głosem
-Postaram się.- Obiecał i mocniej ścisnął moją rękę dla pewności, że nadal mnie trzyma
-Gave...- Moje nogi zaczęły się buntować, a ja tracić grunt pod nogami; Gave szybko złapał mnie w pasie i przytrzymał
-Wszystko w porządku? Nie wygląda mi to na zwykłe zmęczenie.- Stwierdził przerzucając mnie sobie przez ramię
-O Aniele!- Wydarłam się i zaczęłam się wyrywać z dwóch powodów: jednym z nich był mój lęk wysokości, który starałam się ukryć przed innymi, a drugim jakaś postać idąca za nami. Coś mi podpowiadało, że nie był to zwykły Przyziemny...
-Cicho!- Syknął i postawił mnie obok siebie, a ja niczym mała dziewczynka wtuliłam się w niego- A tobie co?- Położył swoją dłoń na moich plecach w geście uspokojenia, po czym spojrzał za siebie i dostrzegł to, co ja. Kilka metrów od nas stała kobieta wygięta pod dosyć nienaturalnym kątem. Jej suknia byłaby tak samo biała jak jej włosy, gdyby nie była przesiąknięta krwią. Głośno przełknęłam ślinę, a Gave, co mnie zdziwiło, zrobił krok w tył:
-Wydaje mi się, że powinniśmy wracać jak najszybciej.- Szepnął, a ja nawet nie miałam zamiaru się z nim nie zgodzić. Wziął mnie pod pachę niczym jakiś pakunek i zaczął biec. Strasznie mną trzęsło i pomyślałam, że ostatni raz korzystam z usług transportowych Gave'a. Udało mi się spojrzeć w tył, lecz nigdzie nie dostrzegałam wcześniej widzianej przez nas postaci. W pewnej chwili cały obraz mi zamigotał, a następnie zgasł. Nie wiedziałam co się dzieje. Przestałam odbierać jakiekolwiek bodźce z otoczenia. Nie czułam ręki chłopaka na mojej talii, ani trzęsienia, jakie powodował swoim biegiem. Nie słyszałam jego przyspieszonego oddechu, ani odgłosu jego kroków. Zupełnie jakbym się znalazła w pustce. ,,Musisz się otrząsnąć Liv", powtarzałam sobie i nagle wszystko powróciło ze zdwojoną siłą. Szarpało mną niemiłosiernie, a do uszu docierał jedynie przeraźliwy krzyk. Otworzyłam oczy i dosłownie przed moją twarzą stanęła twarz kobiety o białych włosach i szkarłatnej sukni. Gave gdzieś zniknął i teraz stałam z nią sama twarzą w twarz. Ciągle krzyczała, szarpiąc mną za ramiona i patrząc mi się w oczy, a ja... ja zupełnie nic nie odczuwałam. Nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Popatrzyłam na nią jak na wariatkę i uważniej wpatrzyłam się w jej brązowe oczy. Wtedy doznałam znajomego odczucia, które poprzedzało projekcję wspomnień danej osoby, której patrzyłam w oczy. Ujrzałam uśmiechniętą małą dziewczynkę z kotkiem na rękach, a zaraz potem twarz dziecka wykrzywił grymas bólu, a ubranie zabrudziła krew. Nie wiedziałam czy należała ona do zwierzęcia, czy do jakiejś istoty ludzkiej, ale w sumie nie interesowało mnie to. Na następnym obrazie była obroża ze złotą blaszką oraz wyrytym na niej imieniem ,,Kiki". Uznałam to za coś istotnego. Później, co raz szybciej, pojawiały się losowe obrazy przedstawiające jak dobrze się uczyła, jak porzucała wszystko dla nauki, aby stać się najlepszą. Typowa kobieta sukcesu. Obrazy zwolniły, kiedy na obrazach zaczął pojawiać się mężczyzna. Wtedy już dorosła kobieta, zakochała się w nim i porzuciła dla niego studia. Zaczęli życie podróżników, lecz po tygodniu, jej kochanek zostawił ją i uciekł z inną dziewczyną. Na dobór złego zostawił ją w zaawansowanej ciąży... trojaczej? W każdym razie poroniła i popadła w depresję. Stała się bezrobotną kobietą bez ambicji ze zniszczoną psychiką, aż w końcu postanowiła skończyć z sobą. Potok został przerwany. Banshee, bo tym właśnie była kobieta, odsunęła się ode mnie cichnąc. Jej twarz złagodniała i przybrała wyraz zaciekawionej dziewczynki. Przyglądała mi się, ale tym razem nawet nie próbowała patrzeć mi w oczy:
-Gdzie on jest?- Zadałam jej pytanie; wyciągnęła swoją białą i kościstą rękę w moim kierunku. Obróciłam się i zobaczyłam, że Gave leży na chodniku i ciężko oddycha. Jego ręce spoczywają na jego szyi, zupełnie tak, jakby sam siebie dusił. Po chwili zdałam sobie sprawę, że właśnie to czyni- Gave!- Wrzasnęłam przerażona i próbowałam odjąć jego ręce- Gave, puszczaj! Puść, bo sie udusisz!- Krzyczałam siłując się z nim, a on nadal mnie nie słuchał. Obejrzałam się na stojącą za mną Banshee, która obserwowała całą sytuację:
-Pomóż mu, a cię uwolnię.- Gdy tylko to powiedziałam, ona wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, po którym Gave przestał się dusić- Kiki.- Wyszeptałam, a kobieta zmieniła się we mgłę i rozpłynęła w powietrzu...
Engel
- Pomogę ci. - Padły te słowa z ust rudej, która zrobiła krzywdę memu partnerowi.
- Nie jesteś Nocnym Łowcą, więc nie masz jak mi pomóc.
- Na pewno jakoś mogę, jestem silna.
- Ale i głodna. Idź do stada, ja się nim zajmę. I proszę, zostaw go.
- Ale, ale ja go kocham.
- Mi też na nim zależy, więc lepiej będzie jak zostawisz go w spokoju i znajdziesz sobie samca alfa, który będzie chciał z tobą być, a później żebyś dała mu małe wilkołaczki.
- Chyba zostanę przy opcji odbicia ci Gideona, ale dzisiaj już dam ci spokój, bo misiaczek jest ranny, a akurat ty możesz mu pomóc.
- Hah, ja także nie skończyłam. - Powiedziałam pewnie.
Gdy tylko wilkołaczka pobiegła do stada, ja narysowałam runę teleportacji i przetransportowałam nas do pokoju Gideona, gdzie posadziłam go na łóżku.
- Możesz zdjąć koszulkę. - Rzekłam i udałam się do łazienki po mokrą gąbkę i mydło.
- Szybko przechodzisz do rzeczy. - Odpowiedział zdejmując koszulkę wraz z skórzaną kurtką.
- Chcesz żeby ci pomogła czy nie? - Mówiłam do niego, ale powoli zamykały mu się powieki.
- Dobra, już nic nie mówię. Rób swoje. - Poddał się, a ja umyłam mu zabrudzone plecy, a następnie je zdezynfekowałam później znalezioną wodą utlenioną. Po pięciu minutach jego tyłów już nie zdobiła żadna szrama. Na szczęście irtraze nie zostawiało większych blizn, więc nic nie było widać śladu po tym co dzisiaj zaszło.
- Zostań ze mną. - Powiedział półsennym głosem, gdy złapał mnie w talii bez koszulki i seksownie zaspanym głosem. Następnie pociągną mnie za sobą i obydwoje wylądowaliśmy na jego łóżku. Jego uścisk był mocny i nie dałam rady się z niego wyrwać, więc się podała. Zostało mi jedynie tulenie się do nagiego torsu chłopak i pozyskiwanie jego zaufania...
Komentarze
Prześlij komentarz